poniedziałek, 29 maja 2017

Nadchodzą wakacje!


Drugi semestr zawsze jakoś szybciej mi leci, wiadomo - Wielkanoc, długi weekend, matury, praktyki, egzaminy zawodowe... przez to wszystko wypadają lekcje. Obecnie mam dwa tygodnie luzu od szkoły, oceny są już w większość wystawione - nie pozostało więc nic innego jak skupić się na swoich zainteresowaniach, które dość mocno stłamszone były podczas roku szkolnego przez natłok nauki. Zamierzam troszkę więcej fotografować, rysować, grać, pisać dla Was.. ale także poćwiczyć makijaż, oglądnąć jakiś film, wyjść gdzieś. Na to wszystko nie miałam zbyt wiele czasu, a teraz powoli robi mi się go coraz więcej.

Nie mogę jednak narzekać, bo ciężka praca zaowocowała u mnie świetnymi ocenami w drugim semestrze. W pierwszym było nieco gorzej, ponieważ nie do końca chciałam przestawić się z trybu wakacyjnego na ten szkolny. Mam nadzieję, że uda mi się dostać moje wymarzone świadectwo z paskiem, bo głównie dlatego tak bardzo starałam się o dobre oceny w tym półroczu. Wysokie oceny zbieram nie po to, żeby zaimponować nauczycielom, rodzicom, rówieśnikom, ale po to żeby rzeczywiście zmierzyć się z własnymi siłami i pokazać samej sobie na co mnie stać. Bo skoro mam możliwości, a przyswajanie wiedzy idzie mi bardzo łatwo, to dlaczego miałabym nie skorzystać? Ten czerwony pasek daje niesamowitą satysfakcję, mimo, że w gruncie rzeczy nic on nie zmienia. Świadectwo jak każde inne, jednak wyjątkowe dla jego zdobywcy...
Pochwalę się, a co mi tam!

Czuję już nadchodzące wielkimi krokami wakacje, nie mam co prawda jeszcze skonkretyzowanych planów, pewnie skończą się tak, jak w tamtym roku - kocyk i siedzenie w parkach aż do zmierzchu, albo długie spacery po nowohuckich osiedlach... Lubię też takie szybkie jednodniowe wypady np. w góry, czy do jakichś miasteczek turystycznych. Rzadko kiedy wyjeżdżam gdzieś na dłużej niż 2-3 dni, bo bardzo źle znoszę funkcjonowanie w miejscu innym, niż moje mieszkanie. Nienawidzę spania, kąpania, malowania się, a nawet jedzenia w hotelach czy takich domkach do wynajęcia. Na dzień, dwa ujdzie, ale cały tydzień, albo nawet dłużej!? Masakra! Dlatego też w dzieciństwie nigdy nie jeździłam na żadne kolonie ani obozy.

A wy jakie macie plany na wakacje?

Pozdrawiam,
Rose♥
6

środa, 24 maja 2017

Imieninowy prezent od mamy | Avon Rare Pearls


Na wstępie chciałabym Was serdecznie przeprosić za moją znikomą aktywność - posty co prawda pojawiają się w miarę regularnie, bo lecą z automatu (przygotowałam je trochę wcześniej), ale nie wyrabiam z udzielaniem się na Waszych blogach. Ale spokojnie - nadrabiam! Rok szkolny kończy się za miesiąc, a teraz mój zawód spędza aż dwa tygodnie na praktykach - nietrudno więc wywnioskować, że oceny muszą być wystawione na już, ponieważ później nie będzie czasu. Cały maj został zdominowany przez sprawdziany, kartkówki, odpowiedzi, wypracowania... ugh. Ale dałam radę! Teraz tylko liczę na to, że będzie paseczek :)

Z tego całego majowego zamieszania zupełnie wyleciało mi z głowy, że właśnie dzisiaj mam imieniny. Co prawda rano zawszę patrzę na tablicę w autobusie, która wyświetla imieniny danego dnia, ale "Joanna" gdzieś z niej mi umknęła. Na całe szczęście mam moją kochaną mamę, która do spamiętania urodzin, imienin, rocznic itp. nie potrzebuje żadnych kalendarzy ani przypomnień w telefonie - ja to bym się pogubiła! Wyobraźcie sobie moją minę, kiedy stanęła przede mną z upominkiem, a ja nie wiedziałam, że to dla mnie - zaczęłam się dopytywać dla kogo to i z jakiej okazji. 

Upominek od mamy to zestaw składający się z balsamu, perfum i perfumetki Rare Pearls z firmy Avon - nie znałam tego zapachu wcześniej, ale moja mama bardzo dobrze wie jak trafić w moje gusta, bo pokochałam go od pierwszego psiknięcia. Co prawda jest dość specyficzny i nie każdemu przypadnie do gustu. Podoba mi się także flakonik, z resztą Avon praktycznie zawsze ma piękne buteleczki.


Rare Pearls kojarzy mi się przede wszystkim z... babcią. Tak, dobrze czytacie. Zapach, który dostałam jest lekko babciny, klasyczny, staromodny - ale w żadnym wypadku nie bazarkowy. Mnie kojarzy się on z delikatniejszą i bardziej młodzieżową wersją Pani Walewskiej. Nie są to jednak perfumy lekkie - zdecydowanie polecam nosić je do elegantszych strojów, lub w zimie, bo na lato są zbyt ciężkie. Ja jednak uwielbiam takie zapachy, więc mama trafiła w dziesiątkę! 

To, co odróżnia Rare Pearls od babcinych perfum to sposób w jaki zapach "pracuje" podczas całego dnia. Zaraz po psiknięciu wyczuwalne są te cięższe nuty - piżmo, drzewo sandałowe, paczula. Momentalnie otulają one całe ciało i dają wrażenie zdecydowanej elegancji, klasy - po prostu w tych perfumach się "dobrze wygląda". Później robi się jeszcze ciekawiej bo wyłaniają się słodkie zapachy, śliwka, biały miód, drzewo różane... Zapach jest niesamowicie zmysłowy i elegancki.


Mojej kochanej mamie jeszcze raz dziękuję przede wszystkim za pamięć o moich imieninach oraz za ten wspaniały upominek. Jest ona chyba jedyną osobą, która potrafi kupić mi perfumy idealnie trafiające w mój gust...

PS: Dostałam dzisiaj 6 z ostatniego, najważniejszego sprawdzianu w tym roku, przez co ten dzień jest jeszcze wspanialszy. Jednak ciężka praca przez całe półrocze się opłacała!

Pozdrawiam,
Rose ♥

31

niedziela, 21 maja 2017

Dość znośny matowy bubelek od Maybelline | Maybelline Vivid Matte Liquid 05 Nude Flush | Swatche


Ostatnimi czasy kręciłam się po drogeriach w poszukiwaniu matowej pomadki, jakoś tak ubzdurałam sobie, że ma być różowa... Ale wiecie, to nie chodziło o taki zwykły róż - on musiał być ten jedyny, idealny, wyjątkowy, musiał mieć w sobie "to coś" - no po prostu miała to być miłość od pierwszego wejrzenia. Sama w sumie nie wiedziałam jakiego koloru do końca oczekuję - po prostu szukałam, aż znajdę. Moje ulubione marki nie oferowały jednak niczego wyjątkowego, każdy róż jaki znalazłam był albo zbyt mdły, zbyt banalny, ewentualnie całkiem neonowy...

Marka Maybelline jakoś nigdy szczególnie mnie nie przyciągała - ich ceny są bardzo wygórowane jak na jakoś produktów, które często okazują się jakości zbliżonej do Wibo - czyli takie typowe średniaki. W szafie tej marki odnalazłam jednak właśnie "ten" róż - Maybelline Vivid Matte nr 05 Nude Flush. Sugerowałam się kolorem w opakowaniu i w takim właśnie się zakochałam... Niestety nie było testerów aby sprawdzić pomadkę na dłoni.

Producent zapewnia nas, że:

Kremowa formula pomadki oferuje bogaty i długotrwały kolor z efektem ultra modnego matowego wykończenia. Płynna konsystencja produktów z gamy Vivid Matte Liquid pozwala na wyższe stężenie pigmentu, zapewniając wyższy poziom krycia i bardzo intensywny kolor na ustach.

W domu od razu zabrałam się za testy, ponieważ kolor w opakowaniu bardzo mi się spodobał. Spójrzcie same - róż z domieszką chłodnego brązu, czy fioletu... A może rozbielone bordo? Sama nie wiem... Niestety jednak okazało się, że odcień po aplikacji produktu na usta jest diametralnie różny - typowy dość wyrazisty róż. Ehh...


Pomadka ma świetny aplikator, który pozwala na łatwą, szybką i precyzyjną aplikację produktu - tutaj kosmetyk Maybelline sprawdza się o wiele lepiej niż sławne już matowe błyszczyki od Golden Rose. Szkoda tylko, że krycie jest bardzo słabiutkie i aby pomadka ładnie wyglądała potrzebna jest grubsza warstwa. Z kolei przy minimalnie większej ilości szminki na ustach kompletnie przestaje ona zasychać, rozmazuje się i znika sama od siebie po jakiejś godzinie. I tak źle i tak nie dobrze...

Jako, że nie lubię marnować pieniędzy (a trzydzieści złotych to już coś), postanowiłam znaleźć jakiś sposób na tego bubelka. Zauważyłam, że pomadka świetnie wygładza usta, nie daje ona typowo matowego, zastygającego wykończenia - raczej delikatnie satynowe. Wielkim plusem jest to, że wcale nie wysusza, a nawet mam wrażenie, że delikatnie nawilża - a przynajmniej utrzymuje usta w dobrej wizualnej kondycji.


Jeżeli nałożymy ją cieniutką warstwą, uzyskując delikatne krycie, to otrzymamy efekt "drugich, lepszych ust" (nie wiem czy takie określenie sprawdzi się w przypadku pomadki, ale przy podkładach działa, także ten). I tutaj kolor jest świetny - podbija delikatnie naturalny różowy odcień ust, nie wygląda sztucznie ani tandetnie. Przy takiej ilości produktu utrzymuje się jak "normalne" ( w sensie zastygające) pomadki matujące, a większe poprawki wprowadzić trzeba dopiero po zjedzeniu czegoś tłustego.

Nie wiem czy do końca jestem zadowolona z zakupu. Z jednej strony tak, bo podoba mi się efekt, jaki daje ta pomadka przy cieńszej warstwie. Ale jednak to nie jest do końca "ten róż", którego poszukiwałam... W każdym razie moja prywatna zachcianka została spełniona w 50%, a moja opinia co do firmy Maybelline pozostaje niezmieniona - średnie kosmetyki o cenach nieproporcjonalnych do jakości.

Miałyście styczność z tymi pomadkami? Jakie były wasze wrażenia? Może inne kolory utrzymują się lepiej? Koniecznie dajcie znać!

Pozdrawiam,
Rose♥








52

wtorek, 16 maja 2017

Zdenkowałam się | DENKO #1

Od początku tego roku staram się zbierać puste opakowania - nie idzie mi to zbyt dobrze, ponieważ ogólnie dość wolno wykańczam kosmetyki. Nie podoba mi się idea "denkowania" na siłę - tylko po to aby mieć o czym napisać miesięcznego posta. Jestem kapryśną kobietą więc stale potrzebuję jakiejś odmiany, nie jestem w stanie zmusić się aby np. przez cały miesiąc używać tylko jednego kremu... Wiadomo - mam swoich ulubieńców, ale nawet ich używam wymiennie z innymi kosmetykami. Postanowiłam więc, że moje denkowe posty nie będą pojawiały się wg. określonego miesięcznego, tygodniowego, czy półrocznego harmonogramu - po prostu jak mi się nazbiera opakowań to wrzucę posta. Nic na siłę!

Na pierwszy ogień idzie dziegciowy szampon do włosów babuszki Agafii. Miał zapobiegać łupieżowi, oczyszczać, tonizować, przeciwdziałać wypadaniu włosów, wzmacniać itd... Takie 100000000 w 1. Ten produkt w gruncie rzeczy był okay, jak każdy zwykły szampon - po prostu mył włosy. Nie zauważyłam większej różnicy między tym szamponem, a np. zwykłym pokrzywowym.
Żel pod prysznic z Yves Rocher był ze mną naprawdę od dawna, ale w końcu i on sięgnął dna. Miał przepiękny, waniliowy zapach, który czuć było na skórze nawet następnego wieczoru. Kolejny żel z YR, który się u mnie sprawdził ♥

Peeling firmy Hean to mój ulubieniec - jest to jedyny taki produkt, który mocno zdziera martwy naskórek nie podrażniając przy tym skóry. Ma świetny, winogronowy zapach, który dłuuugo unosi się w łazience po kąpieli.



Zmywacz z Isany to blogowy klasyk - nie ma chyba osoby, która przynajmniej by o nim nie słyszała. Ja staram się ograniczać jego używanie (ze względu na aceton), jednak do zmywania intensywnych i ciemnych kolorów jest niezbędny. Nic tak nie radzi sobie z czerwienią jak on!


Płyny do zmywania makijażu idą chyba u mnie najwolniej - nie wiem jak to się dzieje, przecież demakijaż robię codziennie, a na płatek wylewam całkiem sporo produktu. Jakaś magia. W końcu udało mi się wykończyć micela z Bielendy (i to na pół z mamą). Muszę powiedzieć, że jestem nim mile zaskoczona, świetnie pozbywał się makijażu, nie zostawiał tłustej, lepkiej warstwy, nie szczypał w oczy.


Tutaj chyba jedyny ulubieniec, którego niezbyt często "zdradzam" - mowa oczywiście o podkładzie z L'oreal. Już otworzyłam kolejną buteleczkę, która czekała w zapasie. Ma świetny kolor - N1 jest żółte i bardzo jasne, idealne dla bladziochów.


Kolejny hit blogosfery - pomada z Inglota w najpopularniejszym chyba odcieniu. Kultowa "szesnastka" jest chyba najczęściej wybieranym odcieniem. Ma uniwersalny kolor pasujący większości brunetek. Uwielbiam efekt, jaki można uzyskać przy jej pomocy - naturalne, ale zdefiniowane i podkreślone brwi. Już kupiłam sobie kolejny słoiczek :)

Nie jest tego mało, ale i nie dużo - myślę, że była to doskonała "porcja" pustych opakowań na jeden post. Mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu taka forma denkowych wpisów uważam, że nie ma co się rozpisywać za bardzo nad produktami, które przewijały się w wielu innych moich postach.

Czy u was denkowanie też idzie tak wolno?

Pozdrawiam,
Rose♥

37

środa, 10 maja 2017

Klasyczna mała czarna | Avon Little Black Dress



Moje pierwsze skojarzenie z małą czarną to elegancja, klasyka i kobiecość. Kolacja przy świecach, ważne spotkanie, spektakl w teatrze, randka... Mała czarna jest po prostu uniwersalna i nada się na dosłownie każdą okazję. Wszystko zależy od dodatków z jakimi ją połączymy.

Takie też właśnie są perfumy od Avon - Little Black Dress. Dość niepozorny, delikatny i trudny do sprecyzowania zapach po chwili przeradza się w mocno wyczuwalne orientalne nuty, które zaraz potem otula delikatna woń kwiatów. Te perfumy zupełnie inaczej pachną na skórze niż w buteleczce, często też, zależnie od okazji, niektóre nuty czuć mocniej, a inne zaś słabiej. Istny kameleon wśród zapachów...

Little Lace Dress są tak uniwersalne, a zarazem eleganckie, że nadadzą się wszędzie - podobnie jak klasyczna "mała czarna". Uwielbiam nosić je zarówno na większe wyjścia, jak i na zwykły wypad na miasto. Za każdym razem pachną inaczej, jakby chciały dopasować się do danej sytuacji... Z bardzo ciężkich, orientalnych potrafią zamienić się w delikatne i kwiatowe, żeby podczas kolejnej okazji uwolnić słodki zapach drzewa mlecznego i śliwki.

Bardzo ciekawią mnie inne zapachy z serii "little dress" i na pewno wkrótce je wypróbuję! Mam nadzieję, że okażą się równie wyjątkowe, a przy tym klasyczne, co "mała czarna".

Pozdrawiam,
Rose♥
45

niedziela, 7 maja 2017

Najlepszy zamiennik Beauty Blendera | Gąbeczka Blend it! | Czym się wyróżnia?

Magazyn Glamour maj 2017

Ostatnio w jednym z kobiecych pisemek pojawił się dodatek, który w salonach prasowych spowodował natłok klientów. Mowa tutaj oczywiście o Glamour i gąbeczce Blend it!, która dodawana była do ostatniego numeru. Zjechałam za nią pół Krakowa i w końcu dwa upragnione egzemplarze znalazły się w Empiku na Floriańskiej. Bardzo miło pozdrawiam Pana zza lady, który zaspany przed ósmą rano w sobotę musiał słuchać rozemocjonowanej mnie, ucieszonej faktem posiadania własnej gąbeczki Blend it!. Moja uciecha była tym większa, że po długich poszukiwaniach w Hucie i centrum Krakowa w końcu udało mi się ją kupić, a zdolna byłam już wybrać się za nią na Prokocim...

Dlaczego gąbeczka ta wywołała takie emocje zarówno u mnie, ale i u innych kosmetykoholiczek? Na pewno pierwszym powodem była cena - 11 zł, aż grzech nie skorzystać (tak, tak... tłumacze swój zakupoholizm). Druga ważna rzeczą, która wpłynęła na taką burzę w okół tego produktu jest to, że wielu ludzi poleca gąbeczkę Blend it! jako idealny zamiennik klasycznego Beauty Blendera. Mój BB akurat już kończy swój żywot, a zakup kolejnego odwlekałam jak tylko mogę (bo wiadomo - $$$) - także to wydanie Glamour spadło mi wręcz z kosmetycznego nieba, usłanego gąbeczkami, paletkami i pędzelkami.


Od innych gąbeczek á la Beauty Blender wersja Blend it! różni się tym, że jej struktura rzeczywiście przypomina BB. Do tej pory nie spotkałam żadnego jajeczka, które choć trochę materiałem, z którego zostało wykonane, przypominałoby ten charakterystyczny dla oryginalnego BB. Powierzchnia Blend it! rzeczywiście jest lekko porowata, dzięki czemu nadaje bardzo naturalne wykończenie na twarzy. Nie można też jej odmówić uroku - marmurkowy wzór wygląda naprawdę ślicznie.

Blend it! dzięki swojej porowatej strukturze świetnie rozprowadza podkład, dając bardzo naturalne wykończenie. Oprócz tego doskonale nadaje się do konturowania oraz pudrowania. Nie pije też dużo produktu, oczywiście należy ją namoczyć w wodzie i odcisnąć jej nadmiar :) Gąbeczka jest mięciutka, mimo, że nieco bardziej zbita od swojego protoplasty. Nie zauważyłam żadnych problemów z jej myciem i schnięciem - z łatwością powraca do swojego pierwotnego kształtu, nie twardnieje też pod wpływem detergentów. Gąbeczka Blend it! w gruncie rzeczy zachowuje się dokładnie tak samo jak droższy Beauty Blender - nie zauważyłam żadnych różnic oprócz tego, że BB jest nieco bardziej sprężysty. Nie wpływa to jednak na komfort korzystania z Blend it!, ani na ostateczny efekt na twarzy.


Muszę przyznać, że testowałam już wiele tańszych odpowiedników osławionego Beauty Blendera. Fakt, wiele z nich było bardzo dobrych, ale żaden nie był dokładnie taki, jak oryginał. Gąbeczce Blend it! zdecydowanie najbliżej do pierwowzoru i myślę, że za niewygórowaną cenę - 11, czy 25 złotych warto ją wypróbować.

A wam udało się upolować wydanie Glamour z gąbeczką?

Pozdrawiam,
Rose♥
39

czwartek, 4 maja 2017

Majowy BuJo

Kwiecień minął mi w mgnieniu oka, ledwo się obejrzałam, a mamy już maj. Oznacza to więc, że miesiąc prowadzenia BuJo już za mną! Przez ten czas wysnułam kilka wniosków i wypracowałam sobie własny sposób zaznaczania i odnotowywania, który idealnie mi się sprawdza. Upewniłam też się w przekonaniu, że prowadzenie dziennika nie jest dla mnie dodatkowym obowiązkiem, ale przyjemnością oraz czynnością, która mnie bardzo relaksuje. W kwietniu mój BuJo prowadzony był solidnie, zawsze pamiętałam aby go uzupełniać - na niektóre zapiski jednak (jak np. rzeczy do zrobienia, czy listę zakupów) zostawiłam sobie zbyt dużo miejsca, a na inne znów trochę źle rozplanowałam stronę.  Nie ukrywam też, że w moim BuJo pełno jest poprawek i drobnych pomyłek - jednak podoba mi się taki "nie idealny" dziennik. Ma coś w sobie i czuję, że w 100% jest mój.





Majowe strony chciałam utrzymać w podobnej stylistyce, ale nie mogłam oprzeć się dodaniu większej ilości kolorowych wstawek- tamten miesiąc wydawał mi się jakiś taki zbyt czarny. Zmieniłam troszkę rozplanowanie stron i na niektóre elementy (jak np. listę must have) zostawiłam mniej miejsca - bo ostatnio i tak nawet połowy nie wykorzystałam. Cały czas też uczę się jakie sekcje są mi naprawdę potrzebne i usilnie staram się eliminować te "zapychacze" wolnego miejsca w moim BuJo.




A jak tam wasz maj? Mam nadzieję, że zaczął się dla was wspaniale ♥

Pozdrawiam,
Rose♥



32

środa, 3 maja 2017

Mój sposób na piękne, zadbane usta | Lano-Maść od Ziaji | Jak skutecznie pozbyć się suchych skórek z ust


Zima dała się we znaki naszej skórze i to bez dwóch zdań! Mimo codziennego stosowania pomadek nawilżających moje usta i tak wołają o pomstę do nieba. I jak tutaj nosić przepiękne maty? Na szczęście wraz z nową porą roku odkryłam nowy kosmetyk, który działa cuda. Zrażać może jedynie sugerowane przez producenta przeznaczenie, ale co tam! Nie takie rzeczy blogerki przełamywały. 

Lano-maść dedykowana jest przede wszystkim karmiącym mamom, jako ratunek dla bolących i suchych brodawek sutkowych. Głównym składnikiem produktu Ziaji jest jednak lanolina, która ma świetne działanie nawilżające, a dodatkowo jest bezpieczna, więc śmiało można ją stosować na usta. W składzie wielu pomadek ochronnych odnaleźć możemy ten składnik, jednak nigdy nie tak wysoko jak w przypadku tej maści.

Konsystencja produktu jest zbita, gęsta i treściwa - wystarczy ociupinka, aby wystarczająco pokryć całe usta. Ja jako posiadaczka dość długich włosów, których nigdy nie spinam, zdecydowanie odradzam stosować lano-maść na dzień - klei się do niej wszystko. Na noc jednak produkt Ziaji jest niezastąpiony! Po przebudzeniu od razu widać i czuć różnicę - i nie kłamię!

Aby moje usta zawsze były miękkie i gładkie przed snem stosuję jeszcze jeden trik. Szczoteczką do zębów wymoczoną przez dziesięć sekund w ciepłej wodzie (aby włosie zmiękło) wykonuję delikatny peeling. Już wtedy czuć, że usta robią się gładsze, ale zapewnić im trzeba jeszcze nawilżenie. Nakładam wtedy lano-maść troszkę grubszą warstwą, idę spać, a rano budzę się z pięknymi ustami gotowymi aby nałożyć na nie matową pomadkę.

Gorąco polecam wam Lano-maść, bo działa cuda - efekty widać już po jednej aplikacji. Nie zrażajcie też się jej głównym przeznaczeniem, bo to tylko lanolina, która stosowana jest w normalnych pomadkach ochronnych.

Pozdrawiam,
Rose♥

26

niedziela, 30 kwietnia 2017

Dwie niespodzianki, które sprawiły, że moje urodziny były wspaniałe

Aparat zjadł wszystkie szczegóły oraz całe nasycenie kolorów portretu... 

Moje wczorajsze urodziny wcale nie zapowiadały się tak ciekawie, jakie w ostateczności były. Miał być to dzień jak co dzień - od rana praca, a później szybkie zakupy w Krokusie, bo wciąż nie mam prezentu na komunię mojej siostry. W sumie nie spodziewałam się niczego szalonego, ponieważ wcześniej z P. ustaliliśmy, że nic sobie nie kupujemy, tylko później wspólnie pojedziemy na jakiś wyjazd - nasze urodziny dzieli nieco ponad tydzień, więc idealnie.

Miłe zaskoczenie spotkało mnie już w piątek, ponieważ z samego rana, przed pierwszymi zajęciami moje dwie przyjaciółki wręczyły mi niesamowity prezent, którego w ogóle się nie spodziewałam. Dostałam różane mydełko oraz kulę do kąpieli, czekoladę i... mój własny portret, stworzony własnoręcznie przez Izę. Z niespodzianki cieszyłam się niczym małe dziecko, a portretem chwaliłam się wszystkim dookoła.

Wieczorem, kiedy z P. skończyliśmy pracę, w domu czekała na mnie jeszcze jedna niespodzianka. Oglądnęliśmy film, a zaraz po północy, kiedy się skończył, oddelegowana zostałam do samotnej kąpieli. Uwierzcie, że byłam tak zmęczona, że nawet nie domyśliłam się o co może chodzić :P. Kiedy wyszłam z łazienki moim oczom ukazał się czekoladowy tort oraz piękny bukiet goździków, które są moimi ulubionymi kwiatami.  I po raz kolejny na mojej twarzy pojawił się całkiem dziecięcy uśmiech...

Takie urodziny są zdecydowanie najpiękniejsze... ja nie jestem zwolennikiem żadnych imprez, drogich prezentów, ani innych wystawnych przyjęć na pokaz. Najważniejsza jest pamięć o drugiej osobie w ten szczególny dla niej dzień... To właśnie takie miłe gesty kształtują najpiękniejsze wspomnienia :)

Jeszcze raz chcę podziękować za wspaniałe niespodzianki, bez których 29. kwietnia nie byłby taki wyjątkowy.

Pozdrawiam,
Rose♥


19

środa, 26 kwietnia 2017

Nie udało mi się dostać moich ulubieńców! | Promocja w rossmannie - co kupiłam?


Wyprzedaż w Rossmannie dobiega już końca - całe szczęście, bo jeszcze chwila, a babeczki zaczęłyby rozbierać cegła po cegle te sklepy. Nie wiem skąd wśród kobiet aż tak wielkie emocje, sama bardzo lubię kupić coś taniej, ale wyrywanie sobie produktów z rąk i koszyków, przepychanki, krzyki, rozwalanie szuflad, testowanie pełnowymiarowych produktów? No ludzie! Gorzej niż jakieś zwierzęta... W drogerii byłam tylko podczas jednego dnia wyprzedaży, spędziłam tam 10 minut, a po tym, co tam ujrzałam zdecydowanie odechciało mi się kolejnych polowań na produkty... A uwierzcie mi - na ostatnich promocjach potrafiłam wejść do kilku drogerii, i spędzać tam godziny, aby dostać konkretny kosmetyk czy wyłapać jakąś nowość w dobrej cenie - i robiłam to z przyjemnością oraz satysfakcją (no bo wiadomo, jak tanio to i jakoś lżej na serduszku się robi).

Na tej promocji zaplanowałam kupić sobie kilka stałych ulubieńców, bo wielu z nich już dosięga denka. Ależ się zdziwiłam, kiedy godzinę po otwarciu sklepu nie było już nic na półkach... na większość pozycji z mojej zakupowej listy zwyczajnie się nie załapałam. Udało mi się jednak na szybkiego wybrać (a raczej wytargać z obleganych półek) jakieś zamienniki dla moich ulubieńców. W sumie może to i dobrze, bo przetestuję sobie coś nowego :)


PODKŁAD | L’Oréal True Match:
True Match to mój zdecydowany numer jeden wśród podkładów dostępnych w drogeriach. Jest jaśniutki, żółty i do tego fajnie matuje. Jak widać nie tylko dla mnie jest on ulubieńcem, bo kiedy przyszłam do drogerii, to półka z nim była nieźle przeczesana. Na szczęście gdzieś w jej zakamarku udało mi się znaleźć jedną buteleczkę numerku N1. Czekała tam na mnie, ja to wiem! :)


PUDER | Bourjois Silk Edition Touch Up:
Chciałam kupić Stay Matte, nawet nie jedną sztukę, a dwie - uważam, ze to naprawdę fajniutki puder, który matuje, ale bez efektu maski. Tutaj nie miałam już takiego szczęścia jak w przypadku podkładu, bo półka Rimmela była dosłownie pusta. W szafie Bourjois zauważyłam takie cudeńko - transparentny puder zamknięty w kompaktowym pudełeczku z lustereczkiem i gąbeczką.

Jedyne co mogę o nim powiedzieć to to, że daje przepiękny "trójwymiarowy" mat - nie trzyma go jednak zbyt długo w mojej przetłuszczającej się strefie T. Ja stosuję go pod oczy (w sumie świetnie się złożyło, bo zauważyłam, że Stay Matte jest nieco zbyt ciężki w te okolice) - skóra jest wygładzona, ożywiona i rozjaśniona, a korektor siedzi na miejscu cały dzień.  Mam go też w torebce i świetnie sprawdza się do szybkich poprawek w ciągu dnia :) Plusem jest oczywiście opakowanie produktu, bo jest bardzo poręczne i kompaktowe.


TUSZ | L’Oréal False Lash Telescopic:
Tutaj również celowałam w swojego ulubieńca - maskarę 2000 calorie od Maxa Factora, wszystkie niestety były już pootwierane i pociapane, a nie chciałam kupić używanego produktu. W szafie L'oreal "uśmiechało" się do mnie śliczne, srebrne opakowanie jednego z tuszów, o którym nawet nigdy nie słyszałam. I właśnie przez ten zabójczy kolor go kupiłam.

Podczas pierwszych testów okazało się, że maskara L'Oreala jest fenomenalna! Pięknie rozczesuje, wydłuża oraz nieco pogrubia rzęsy - tworzy wachlarz taki, jak widujemy często w reklamach. Chyba zostanie moim nowym ulubieńcem, bo maskara od Max Factor mimo, że wciąż jest świetna, to troszkę zaczęła mi się nudzić - przyda się mała zmiana.


ROZŚWIETLACZ | Wibo Star Shine
Zakupu takowego produktu jako tako nie planowałam - postanowiłam, że za pieniądze, które mi zostaną kupię sobie jakąś nowość do przetestowania. Muszę wam powiedzieć, że tę paletkę dosłownie cudem dostałam, bo przy szafach Wibo było istne oblężenie. Nie zliczę nawet ile łokci dostałam, kiedy po nią sięgałam...

Produkt wygląda naprawdę pięknie - holograficzne i eleganckie opakowanie przyciąga wzrok, środek prezentuje się równie okazale. Efekt na twarzy jednak jest... mierny. Konsystencja i formuła tych rozświetlaczy jest bardzo kredowa - przez co strasznie pylą. Na swatchach widać świetną pigmentację, jednak pędzel w ogóle nie chce zbierać produktu z paletki i oddawać na twarz błysku. Kiedyś muszę wypróbować ten produkt w połączeniu z Duraline - powinno być o wiele lepiej! :)



Jak widać moje łowy w Rossmannie były bardzo skromne - i naprawdę zamknęły się w całe 10 minut! Nie miałam ochoty na przebywanie w takim tłoku, harmidrze i hałasie... Nie mniej jednak z produktów jestem bardzo zadowolona i w sumie cieszę się, że postawiłam na nowości, a nie same sprawdzone kosmetyki - odkryłam nowe perełki :).

A wasze zakupy były udane?

Pozdrawiam,
Rose♥
53

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Hej, porozmawiajmy o seksie! | Michalina Wisłocka "Sztuka kochania" | Jak żyć żeby chciało się kochać i jak kochać się żeby chciało się żyć


Mamy XXI wiek, globalizację, rozwój technologii, medycyny, jesteśmy otwarci na nowości, przełamaliśmy stereotypy, lubimy odkrywać świat. Ale jedna rzecz od stuleci się nie zmieniła - nie potrafimy rozmawiać o seksie.  Książka Michaliny Wisłockiej powstała prawie 40 lat temu, w ubiegłym stuleciu, w czasach kiedy Polska i Polacy znajdowali się w zupełnie innej sytuacji. Wtedy nikt nie uczył o seksie, a temat starano jak najbardziej usunąć się z życia codziennego, dzisiaj mimo, że przejawia się wszędzie, to dalej nie potrafimy o nim rozmawiać. Nasze społeczeństwo zrobiło sobie z seksu temat tabu.

"Sztuka kochania" nie jest typowym poradnikiem, który uczy "co do czego" - o to, to nie! Książka uczy o miłości i uczuciach, pokazuje jak rozwijają się one na przestrzeni lat. Tłumaczy wiele problemów, które napotykają ludzie młodzi, jak i ci starsi. Nie dotyczy tylko seksu, ale i miłości i wspólnego życia. Uczy jak żyć, żeby chciało się kochać i jak się kochać żeby chciało się żyć.

Michalina Wisłocka czterdzieści lat temu poruszyła sprawy, o których do tej pory niechętnie się mówi, oraz wiele problemów, które aktualne są do tej pory. W jej dziele znajdziemy rozdziały o rozsypujących się małżeństwach, młodocianych ciążach, chorobach lub innych wstydliwych, zarówno dla kobiet jak i dla mężczyzn, rzeczach. Autorka stworzyła poradnik zupełnie inny od wszystkich, kobieta nie pisze wprost krok po kroku jak powinno wyglądać życie uczuciowe. Nie podaje co wolno, ani czego nie. W każdym z rozdziałów rozpatruje kilka wątków i możliwości, aby jak najlepiej dotrzeć do czytelnika. 

Najważniejsze jest to, że książka napisana jest tak, że zrozumie ją każdy - i młody jak i starszy. Czytelnik łatwo w wersach odnajdzie siebie i zauważy błędy, które być może do tej pory popełniał w relacjach z drugą osobą. Moim zdaniem "Sztuka kochania" powinna znaleźć się w każdej domowej biblioteczce i zdecydowanie nie powinna być trzymana tam "pod kluczem". Jest to lektura, którą powinni przeczytać wszyscy, począwszy od nastolatków, którzy często nie rozumieją co się z nimi dzieje w okresie dojrzewania, aż po ludzi dojrzałych, którzy gdzieś w miłości się pogubili. 

Najsmutniejsze jest to, że problem braku wiedzy w tak prostych i codziennych sprawach jak relacje z innymi, uczucia, miłość, seks oraz zawstydzenie nimi, o których autorka pisała 40 (!) lat temu obecne są do dzisiaj. Jak możemy się dziwić, że małżeństwa się rozpadają, a ludzie przestają potrafić kochać, skoro właściwie nikt im nigdy nie wytłumaczył wielu spraw. Jak można kochać kogoś, nie wiedząc właściwie czym jest to uczucie? I jak można być kochanym nie umiejąc doceniać drugiej osoby? Właśnie tym zajmuje się "Sztuka kochania" - jest swoistym przewodnikiem przez całe uczuciowe życie człowieka.


Bardzo cieszę się, że ostatnio głośno zrobiło się o książce Michaliny Wisłockiej (to oczywiście za sprawą niedawnej premiery filmu). Mam nadzieję, że seks i uczucia przestaną być tematem tabu i że zaczniemy żyć i kochać świadomie. Co do książki, to zdecydowanie nie jest to lektura, którą przeczytamy raz i odłożymy na półkę. Ja przyłapałam się już kilka razy, że po małej sprzeczce z P. wracałam do rozdziału związanego z nieporozumieniami między kochankami, aby jeszcze raz przeczytać co w takich przypadkach radzi Wisłocka.

Pozdrawiam i gorąco zachęcam do zakupienia swojego egzemplarza "Sztuki kochania",
Rose♥



28

piątek, 21 kwietnia 2017

Szuflada Szymborskiej


Niedawno miałam przyjemność być na wystawie poświęconej naszej noblistce Wisławie Szymborskiej - nie była to jednak taka zwykła wystawa, którą zapewne znamy ze szkolnych wycieczek. Szuflada Szymborskiej to spacer po przytulnych pokojach, które każdemu nasuwają  skojarzenia  z własnym domem. Mam nadzieję, że nie ma tu takiej osoby, która nie wie kim była Wisława Szymborska - jeżeli jednak ktoś ma wątpliwości to niech wygoogluje sobie to nazwisko (i okryje się przy tym wstydem!).

Dwie sale Kamienicy Szołayskich zostały wypełnione... bibelotami Szymborskiej. Masa wycinanek, wyklejanek, figurek, przedmiotów większych i mniejszych, okrągłych i kanciastych. Nie miałam pojęcia, że poetka miała w zwyczaju zbieranie takich rzeczy. A tu proszę... mam z nią coś wspólnego! :) Przechadzając się po tych dwóch pomieszczeniach, które notabene zostały wykreowane na wzór takiego przytulnego mieszkania, od razu otula nas ciepło i spokój. Zwiedzający odnosi wrażenie przebywania domu, w którym ktoś zaraz poda ciepłą herbatę i świeżo upieczone ciasto.

Bardzo dużą rolę odgrywa tutaj sposób w jaki "eksponaty" zostały wystawione - szufladki, wystawki, półeczki, regały, ramki - wszystkiego można było praktycznie dotknąć (co prawda przez szybkę, ale jednak). Bardzo interesująca jest komoda, która zaprojektowana została przez Szymborską - mebel ten stał za drzwiami i nie dało się go zobaczyć inaczej, niż przez dziurkę ("judasza" - to chyba typowo Krakowska nazwa) w drzwiach. Świetna sprawa! :) Na ścianach umieszczono pełno inspirujących cytatów związanych z osobą Szymborskiej - sprawiają one, że jakoś tak jesteśmy bliżej jej osoby .





Zbiory noblistki to cudaki przeróżne - "pierdolinki", jak ja to mówię. Pocztówki, wyklejanki, zapalniczki, bilety, książki a nawet piękne maski... Tego jest naprawdę ogrom, niektóre proste, inne dość kiczowate, niekiedy tandetne. Pochodzą z przeróżnych stron świata... Te zbiory ukazują nam Szymborską z zupełnie innej, przyznam, że nie znanej mi wcześniej strony.

Wszystkich Krakowian i mieszkańców okolic gorąco zachęcam do wybrania się na tę wystawę. Jest naprawdę jedyna w swoim rodzaju :) Więcej informacji znaleźć możecie oczywiście na stronie MNK, a tym, którzy niestety Krakowa odwiedzić nie mogą powiem tylko tyle, że wiele tracą! 

Pozdrawiam,
Rose♥
16
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.