środa, 26 kwietnia 2017

Nie udało mi się dostać moich ulubieńców! | Promocja w rossmannie - co kupiłam?


Wyprzedaż w Rossmannie dobiega już końca - całe szczęście, bo jeszcze chwila, a babeczki zaczęłyby rozbierać cegła po cegle te sklepy. Nie wiem skąd wśród kobiet aż tak wielkie emocje, sama bardzo lubię kupić coś taniej, ale wyrywanie sobie produktów z rąk i koszyków, przepychanki, krzyki, rozwalanie szuflad, testowanie pełnowymiarowych produktów? No ludzie! Gorzej niż jakieś zwierzęta... W drogerii byłam tylko podczas jednego dnia wyprzedaży, spędziłam tam 10 minut, a po tym, co tam ujrzałam zdecydowanie odechciało mi się kolejnych polowań na produkty... A uwierzcie mi - na ostatnich promocjach potrafiłam wejść do kilku drogerii, i spędzać tam godziny, aby dostać konkretny kosmetyk czy wyłapać jakąś nowość w dobrej cenie - i robiłam to z przyjemnością oraz satysfakcją (no bo wiadomo, jak tanio to i jakoś lżej na serduszku się robi).

Na tej promocji zaplanowałam kupić sobie kilka stałych ulubieńców, bo wielu z nich już dosięga denka. Ależ się zdziwiłam, kiedy godzinę po otwarciu sklepu nie było już nic na półkach... na większość pozycji z mojej zakupowej listy zwyczajnie się nie załapałam. Udało mi się jednak na szybkiego wybrać (a raczej wytargać z obleganych półek) jakieś zamienniki dla moich ulubieńców. W sumie może to i dobrze, bo przetestuję sobie coś nowego :)


PODKŁAD | L’Oréal True Match:
True Match to mój zdecydowany numer jeden wśród podkładów dostępnych w drogeriach. Jest jaśniutki, żółty i do tego fajnie matuje. Jak widać nie tylko dla mnie jest on ulubieńcem, bo kiedy przyszłam do drogerii, to półka z nim była nieźle przeczesana. Na szczęście gdzieś w jej zakamarku udało mi się znaleźć jedną buteleczkę numerku N1. Czekała tam na mnie, ja to wiem! :)


PUDER | Bourjois Silk Edition Touch Up:
Chciałam kupić Stay Matte, nawet nie jedną sztukę, a dwie - uważam, ze to naprawdę fajniutki puder, który matuje, ale bez efektu maski. Tutaj nie miałam już takiego szczęścia jak w przypadku podkładu, bo półka Rimmela była dosłownie pusta. W szafie Bourjois zauważyłam takie cudeńko - transparentny puder zamknięty w kompaktowym pudełeczku z lustereczkiem i gąbeczką.

Jedyne co mogę o nim powiedzieć to to, że daje przepiękny "trójwymiarowy" mat - nie trzyma go jednak zbyt długo w mojej przetłuszczającej się strefie T. Ja stosuję go pod oczy (w sumie świetnie się złożyło, bo zauważyłam, że Stay Matte jest nieco zbyt ciężki w te okolice) - skóra jest wygładzona, ożywiona i rozjaśniona, a korektor siedzi na miejscu cały dzień.  Mam go też w torebce i świetnie sprawdza się do szybkich poprawek w ciągu dnia :) Plusem jest oczywiście opakowanie produktu, bo jest bardzo poręczne i kompaktowe.


TUSZ | L’Oréal False Lash Telescopic:
Tutaj również celowałam w swojego ulubieńca - maskarę 2000 calorie od Maxa Factora, wszystkie niestety były już pootwierane i pociapane, a nie chciałam kupić używanego produktu. W szafie L'oreal "uśmiechało" się do mnie śliczne, srebrne opakowanie jednego z tuszów, o którym nawet nigdy nie słyszałam. I właśnie przez ten zabójczy kolor go kupiłam.

Podczas pierwszych testów okazało się, że maskara L'Oreala jest fenomenalna! Pięknie rozczesuje, wydłuża oraz nieco pogrubia rzęsy - tworzy wachlarz taki, jak widujemy często w reklamach. Chyba zostanie moim nowym ulubieńcem, bo maskara od Max Factor mimo, że wciąż jest świetna, to troszkę zaczęła mi się nudzić - przyda się mała zmiana.


ROZŚWIETLACZ | Wibo Star Shine
Zakupu takowego produktu jako tako nie planowałam - postanowiłam, że za pieniądze, które mi zostaną kupię sobie jakąś nowość do przetestowania. Muszę wam powiedzieć, że tę paletkę dosłownie cudem dostałam, bo przy szafach Wibo było istne oblężenie. Nie zliczę nawet ile łokci dostałam, kiedy po nią sięgałam...

Produkt wygląda naprawdę pięknie - holograficzne i eleganckie opakowanie przyciąga wzrok, środek prezentuje się równie okazale. Efekt na twarzy jednak jest... mierny. Konsystencja i formuła tych rozświetlaczy jest bardzo kredowa - przez co strasznie pylą. Na swatchach widać świetną pigmentację, jednak pędzel w ogóle nie chce zbierać produktu z paletki i oddawać na twarz błysku. Kiedyś muszę wypróbować ten produkt w połączeniu z Duraline - powinno być o wiele lepiej! :)



Jak widać moje łowy w Rossmannie były bardzo skromne - i naprawdę zamknęły się w całe 10 minut! Nie miałam ochoty na przebywanie w takim tłoku, harmidrze i hałasie... Nie mniej jednak z produktów jestem bardzo zadowolona i w sumie cieszę się, że postawiłam na nowości, a nie same sprawdzone kosmetyki - odkryłam nowe perełki :).

A wasze zakupy były udane?

Pozdrawiam,
Rose♥
29

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Hej, porozmawiajmy o seksie! | Michalina Wisłocka "Sztuka kochania" | Jak żyć żeby chciało się kochać i jak kochać się żeby chciało się żyć


Mamy XXI wiek, globalizację, rozwój technologii, medycyny, jesteśmy otwarci na nowości, przełamaliśmy stereotypy, lubimy odkrywać świat. Ale jedna rzecz od stuleci się nie zmieniła - nie potrafimy rozmawiać o seksie.  Książka Michaliny Wisłockiej powstała prawie 40 lat temu, w ubiegłym stuleciu, w czasach kiedy Polska i Polacy znajdowali się w zupełnie innej sytuacji. Wtedy nikt nie uczył o seksie, a temat starano jak najbardziej usunąć się z życia codziennego, dzisiaj mimo, że przejawia się wszędzie, to dalej nie potrafimy o nim rozmawiać. Nasze społeczeństwo zrobiło sobie z seksu temat tabu.

"Sztuka kochania" nie jest typowym poradnikiem, który uczy "co do czego" - o to, to nie! Książka uczy o miłości i uczuciach, pokazuje jak rozwijają się one na przestrzeni lat. Tłumaczy wiele problemów, które napotykają ludzie młodzi, jak i ci starsi. Nie dotyczy tylko seksu, ale i miłości i wspólnego życia. Uczy jak żyć, żeby chciało się kochać i jak się kochać żeby chciało się żyć.

Michalina Wisłocka czterdzieści lat temu poruszyła sprawy, o których do tej pory niechętnie się mówi, oraz wiele problemów, które aktualne są do tej pory. W jej dziele znajdziemy rozdziały o rozsypujących się małżeństwach, młodocianych ciążach, chorobach lub innych wstydliwych, zarówno dla kobiet jak i dla mężczyzn, rzeczach. Autorka stworzyła poradnik zupełnie inny od wszystkich, kobieta nie pisze wprost krok po kroku jak powinno wyglądać życie uczuciowe. Nie podaje co wolno, ani czego nie. W każdym z rozdziałów rozpatruje kilka wątków i możliwości, aby jak najlepiej dotrzeć do czytelnika. 

Najważniejsze jest to, że książka napisana jest tak, że zrozumie ją każdy - i młody jak i starszy. Czytelnik łatwo w wersach odnajdzie siebie i zauważy błędy, które być może do tej pory popełniał w relacjach z drugą osobą. Moim zdaniem "Sztuka kochania" powinna znaleźć się w każdej domowej biblioteczce i zdecydowanie nie powinna być trzymana tam "pod kluczem". Jest to lektura, którą powinni przeczytać wszyscy, począwszy od nastolatków, którzy często nie rozumieją co się z nimi dzieje w okresie dojrzewania, aż po ludzi dojrzałych, którzy gdzieś w miłości się pogubili. 

Najsmutniejsze jest to, że problem braku wiedzy w tak prostych i codziennych sprawach jak relacje z innymi, uczucia, miłość, seks oraz zawstydzenie nimi, o których autorka pisała 40 (!) lat temu obecne są do dzisiaj. Jak możemy się dziwić, że małżeństwa się rozpadają, a ludzie przestają potrafić kochać, skoro właściwie nikt im nigdy nie wytłumaczył wielu spraw. Jak można kochać kogoś, nie wiedząc właściwie czym jest to uczucie? I jak można być kochanym nie umiejąc doceniać drugiej osoby? Właśnie tym zajmuje się "Sztuka kochania" - jest swoistym przewodnikiem przez całe uczuciowe życie człowieka.


Bardzo cieszę się, że ostatnio głośno zrobiło się o książce Michaliny Wisłockiej (to oczywiście za sprawą niedawnej premiery filmu). Mam nadzieję, że seks i uczucia przestaną być tematem tabu i że zaczniemy żyć i kochać świadomie. Co do książki, to zdecydowanie nie jest to lektura, którą przeczytamy raz i odłożymy na półkę. Ja przyłapałam się już kilka razy, że po małej sprzeczce z P. wracałam do rozdziału związanego z nieporozumieniami między kochankami, aby jeszcze raz przeczytać co w takich przypadkach radzi Wisłocka.

Pozdrawiam i gorąco zachęcam do zakupienia swojego egzemplarza "Sztuki kochania",
Rose♥



28

piątek, 21 kwietnia 2017

Szuflada Szymborskiej


Niedawno miałam przyjemność być na wystawie poświęconej naszej noblistce Wisławie Szymborskiej - nie była to jednak taka zwykła wystawa, którą zapewne znamy ze szkolnych wycieczek. Szuflada Szymborskiej to spacer po przytulnych pokojach, które każdemu nasuwają  skojarzenia  z własnym domem. Mam nadzieję, że nie ma tu takiej osoby, która nie wie kim była Wisława Szymborska - jeżeli jednak ktoś ma wątpliwości to niech wygoogluje sobie to nazwisko (i okryje się przy tym wstydem!).

Dwie sale Kamienicy Szołayskich zostały wypełnione... bibelotami Szymborskiej. Masa wycinanek, wyklejanek, figurek, przedmiotów większych i mniejszych, okrągłych i kanciastych. Nie miałam pojęcia, że poetka miała w zwyczaju zbieranie takich rzeczy. A tu proszę... mam z nią coś wspólnego! :) Przechadzając się po tych dwóch pomieszczeniach, które notabene zostały wykreowane na wzór takiego przytulnego mieszkania, od razu otula nas ciepło i spokój. Zwiedzający odnosi wrażenie przebywania domu, w którym ktoś zaraz poda ciepłą herbatę i świeżo upieczone ciasto.

Bardzo dużą rolę odgrywa tutaj sposób w jaki "eksponaty" zostały wystawione - szufladki, wystawki, półeczki, regały, ramki - wszystkiego można było praktycznie dotknąć (co prawda przez szybkę, ale jednak). Bardzo interesująca jest komoda, która zaprojektowana została przez Szymborską - mebel ten stał za drzwiami i nie dało się go zobaczyć inaczej, niż przez dziurkę ("judasza" - to chyba typowo Krakowska nazwa) w drzwiach. Świetna sprawa! :) Na ścianach umieszczono pełno inspirujących cytatów związanych z osobą Szymborskiej - sprawiają one, że jakoś tak jesteśmy bliżej jej osoby .





Zbiory noblistki to cudaki przeróżne - "pierdolinki", jak ja to mówię. Pocztówki, wyklejanki, zapalniczki, bilety, książki a nawet piękne maski... Tego jest naprawdę ogrom, niektóre proste, inne dość kiczowate, niekiedy tandetne. Pochodzą z przeróżnych stron świata... Te zbiory ukazują nam Szymborską z zupełnie innej, przyznam, że nie znanej mi wcześniej strony.

Wszystkich Krakowian i mieszkańców okolic gorąco zachęcam do wybrania się na tę wystawę. Jest naprawdę jedyna w swoim rodzaju :) Więcej informacji znaleźć możecie oczywiście na stronie MNK, a tym, którzy niestety Krakowa odwiedzić nie mogą powiem tylko tyle, że wiele tracą! 

Pozdrawiam,
Rose♥
16

wtorek, 18 kwietnia 2017

Machnęłam sobie toaletkę | Toaletka na parapecie | Jak zagospodarować miejsce na parapecie


Toaletka to chyba jedno z małych marzeń każdej kosmetykomaniaczki - ja o swojej marzyłam już od dawien dawna, odkąd tylko zaczęłam interesować się makijażem. Na drodze do tego upragnionego mebelka nie stały przeszkody finansowe, czasowe, czy jeszcze inne... brakowało mi miejsca. Tak! Mam bardzo nieustawny pokój, w którym pierwsze skrzypce gra ogromne łóżko - na mniejszym niestety nie potrafię się wyspać. Do tego dochodzi równie wielkie biurko - musi połączyć miejsce na komputer i miejsce na naukę, oraz komoda, która do najmniejszych również nie należy. I nie pytajcie nawet ile razy rozrysowywałam to wszystko na kartce, próbując jednak jakoś wcisnąć tam małą, maciupeńką toaletkę - przestałam już liczyć.

Moje zdeterminowanie było więc wielkie, a pomysł z zagospodarowaniem parapetu gdzieś tam biegał między kolejnymi myślami o tym, jak zmniejszyć moje łóżko tak, abym dalej mogła się na nim spokojnie wyspać. W końcu zdecydowałam, że opcja z parapetem jest najbardziej korzystna - muszę tutaj jednak dodać, że zaraz pod oknem stoi to moje nieszczęsne łóżko, które chcąc niechcąc musiało się stać siedzonkiem do "toaletki". Musiałam też wziąć pod uwagę to, że nie chcę mojego pokoju dodatkowo gracić, więc część moich skarbów koniecznie powinna być schowana. Wiadomo jednak jak to jest, kiedy rano się spieszymy, a nasza ulubiona maskara leży sobie gdzieś tam w tym pięknym pudełeczku, a nie, może jednak w tym drugim, zaraz tutaj pod pudrem. Postawiłam na wiszące półeczki wykonane z białego plastiku - ich plusem jest to, że cały pojemnik można zdjąć z szyny i postawić koło lusterka - i nie trzeba tracić cennych minut na szukanie danego produktu! Pojemniki te sprytnie schowane są za zasłoną, dzięki czemu każdy kosmetyk może być jednocześnie i na wierzchu i schowany - czysta magia!



Na parapecie w lewej części, zaraz koło ściany z półeczkami, ustawiłam czarne, drewniane pudełko w którym umieściłam paletki. Nie do końca jestem zadowolona z takiego rozwiązania, bo leżą tam wszystkie ściśnięte i trochę czasu zabiera ich wydostanie, ale przynajmniej są schowane, więc to na plus. Obok w klasycznej i znanej wszystkim osłonce na doniczkę stoją moje pędzelki, których wciąż mi mało, dalej jest podkład, susząca się gąbeczka i szklany pojemnik z wacikami i patyczkami. Tutaj zdecydowanie chciałabym rozłożyć pędzle do dwóch osłonek - jedna na te do oczu, druga na te do twarzy. Lusterko również pochodzi z Ikei (wiem no, nie odmienia się, ale śmiesznie brzmi z Ikea) i muszę przyznać, że jest rewelacyjne! Jego największy plus to łatwość czyszczenia, nietłukliwość i to, że po postawieniu znajduje się na idealnej wysokości.


Po prawo znalazły się elementy mojej wieczornej pielęgnacji - olejek do skórek, odżywka (tutaj osławiona pomadka z Alterry) do rzęs, szczotka do poczesania włosów i maść nawilżająca na usta. Dodatkowo pod parapetem skrywa się sprytnie ukryta (znowu) półeczka z kremami do stóp, ciała, a także z mgiełką Avon, którą uwielbiam aplikować na poduszki przed snem.


Myślę, że moją "toaletkę" zorganizowałam naprawdę przyzwoicie, jak na takie warunki. Bardzo się cieszę, że nie muszę już stać przed lustrem, od dzisiaj mam siedzonko i dostęp do naturalnego, dziennego światła. Nie zdawałam sobie sprawy, że taką różnice w makijażu robi oświetlenie. W dziennym zdecydowanie widać więcej niedoskonałości, lepiej odwzorowane są kolory i naturalne krzywizny twarzy - może w końcu brwi będę mieć proste.

Wy macie swoje toaletki? A może kosmetyki przechowujecie jeszcze gdzieś indziej? 

Pozdrawiam,
Rose♥



43

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Nowości w szafie - Wiosna 2017

Jak wiecie udało mi się całkowicie wywrócić moją garderobę o 180° - jeżeli chcecie się więcej o tym dowiedzieć, to zajrzyjcie do tego posta. Na pewno nie pożałujecie i a nuż was też trafi wiosenne porządkowanie szafy :).  No ale skoro pozbyłam się ponad 60% moich dotychczasowych ubrań, to pasowałoby coś również dokupić, bo nikt w tym samym w kółko chodzić nie będzie. Prawda?

Pierwsze czego zdecydowanie potrzebowałam to takie przejściowe płaszczyki, idealne na wczesną wiosnę, jesień oraz na początek zimy, kiedy nie ma mrozów. Oba mają piękny różowiutki kolor, który zdecydowanie skradł moje serce. Uważam, że bardzo mi on pasuje i doskonale przełamuje codzienne stylizacje.

Zdjęcie drugiego płaszcza niestety gdzieś się zapodziało :/






Udało mi się przekonać do conversów i jestem bardzo zadowolona! Nigdy nie miałam tak wygodnych butów, które zarazem są bardzo uniwersalne, bo doskonale spiszą się w wielu sytuacjach. Wiadomo, że nie są to buty na wyjście - ale na codzienne bieganie jak najbardziej tak! Oprócz Conversów kupiłam również takie zwykłe, białe, wsuwane trampki z Sinsay. Urzekł mnie wzór węża na materiale - fajne są no! :)


Jako, że słońce zaczyna coraz mocniej przyświecać, musiałam w końcu zakupić jakieś okulary przeciwsłoneczne. I znów odezwała się moja miłość do różu - na zdjęciu szkła wyszły niebieskie, a w rzeczywistości są różowiutkie. Dodatkowo ten model podbija ostatnio Instagrama i strasznie mi się spodobał.




A teraz weźcie głębszy wdech i podziwiajcie moje cudeńka - śliczne szpilki w czubek w kolorze pięknego, ciepłego beżu. Udało mi się je kupić w Reserved i o dziwo rozmiar idealnie pasuje (a mam z tym problem ponieważ noszę dokładnie 38 i 1/2). Są cudowne!


Ta koronkowa / ażurkowa sukienka to również zakup z Reserved - zobaczyłam ją na wieszaku i od razu wiedziałam, że będzie moja. Akurat zaraz zaczyna się sezon komunijny, więc sukienkę założę na pewno nie jeden raz :) 


Naszyjniki dorzuciłam do jakiejś przesyłki z Allegro, bo miały śmiesznie niską cenę. Nie płaciłam więcej, niż trzy złote za sztukę. Fajny dodatek do gładkiej koszuli czy bluzki :)

Planuję dokupić jeszcze kilka drobnostek jak np. zwykłe T-shirty, czy jakieś ładne balerinki. Na razie jednak troszkę muszę przystopować z zakupami, bo planuję inne wydatki. Nie mniej jednak z moich nowości jestem bardzo zadowolona - wiadomo, odświeżanie garderoby zawsze cieszy!

Pozdrawiam,
Rose♥


47

sobota, 15 kwietnia 2017

Wielkanoc


Nie uwierzycie - zapomniałam o świętach! Może nie tak całkiem, bo temat Wielkanocy przewija się na wielu blogach, czytałam o własnoręcznie zrobionej kartce, jajku, babeczkach, świecznikach, były też targi wielkanocne (na których notabene byłam) i nie zabrakło wielu postów z wielkanocnymi inspiracjami.   Moja mama biega jak szalona, żeby zdążyć ze wszystkim, myje okna, skupuje wyposażenie koszyczków, organizuje świąteczny obiad, instruuje każdego z członków rodziny gdzie ma siedzieć, kogo odwiedzić, zmieniła nawet wystrój kuchni na bardziej świąteczny.  A ja jakoś tak... zapomniałam. Mimo, że o tej Wielkanocy słyszę dużo, bo to przecież już tuż tuż, to nie do końca chyba ją czuję.

W tym roku "zapomniałam" (mimo, że o nich cały czas myślę) zrobić kartki, pisanki leżą niepomalowane, nie wybrałam nawet stroju na święta... Nie wiem czy mi się nie chce, czy po prostu w ogóle nie czuję jakby te święta miały nadejść. Dawniej to wszystko było jakieś inne... Pamiętam nawet raz, jak w wieku 4 lat wygrałam konkurs w Domu Kultury na najładniejszy koszyczek - to było coś! Na pewno wy pamiętacie posty bożonarodzeniowe, kiedy tamtymi świętami cieszyłam się niczym małe dziecko. Nie mam pojęcia czym spowodowana jest taka zmiana, być może wpadłam w wir pracy, nauki i codziennych obowiązków. A być może akurat te święta są mniej nagłaśniane przez media i nie panuje w okół nich taki blichtr i komercja...

Nie mniej jednak bardzo się cieszę, że cała moja rodzina spotka się wspólnie - to  zawsze mnie raduje, niezależnie od okazji. Nie ma u nas tradycji "zajączka", który przynosi prezenty, ani dzielenia się jajkiem - przyznam, że pierwszy raz o takich zwyczajach dowiedziałam się właśnie z blogów. Wielkanoc to przede wszystkim cała rodzina razem ♥

Wam wszystkim chcę życzyć aby te święta były dla was właśnie czasem spędzonym z najbliższymi. Tym, którzy zajączka obchodzą życzę też wspaniałych podarków, ale pamiętajcie, że to nie one są najważniejsze :)

Pozdrawiam cieplutko,
Rose♥
28

piątek, 14 kwietnia 2017

Moje najlepsze lakiery do paznokci | Inglot Nail Enamel | Co wyróżnia je na tle innych lakierów?


Do tej pory miałam kilku swoich ulubieńców w kategorii malowania paznokci. Numerem jeden były lakiery z Sally Hansen oraz Miss sporty, które, jak mi się zdaje, mają jednego producenta - PARIS COTY. Nieco niżej w moim lakierowym rankingu znajdują się produkty firmy Rimmel - szczególnie te sygnowane nazwiskiem Rity Ory. Za bardzo fajne uważam też niedrogie lakiery polskiej firmy Quiz Cosmetics, te z serii żelowej, bo rzeczywiście dają efekt 3D, oraz utrzymują się bardzo długo. Wszystkie te marki, które wymieniłam mają naprawdę świetne produkty, których nieprzerwanie używałam odkąd tylko maluję paznokcie. Nigdy jednak nie udało mi się znaleźć takiego produktu, aby był w 100% idealny - w każdym z powyższych była choć jedna rzecz, która nie do końca mi się podobała, mimo, że ogólnie w tych lakierów byłam i wciąż jestem bardzo zadowolona.

Ostatnio podkusiło mnie aby wypróbować lakiery równie polskiej co Quiz marki - Inglot. Wiadomo, że to zupełnie inna półka cenowa, bo za produkt płacimy nie 3, a 30 złotych. Oczywiście - za jakość się płaci, chociaż taka cena i tak nie jest jakoś wygórowana. Do zakupu lakieru Inglot skusiły mnie obietnice, wypisane wielkimi literami w sklepiku marki: że bez formaldehydu i innych świństw, że szybkoschnący i że dobrze kryjący i coś tam jeszcze. Podobała mi się (i dalej podoba) gama kolorystyczna, bo wchodząc do Inglota i patrząc na te wszystkie lakiery tak naprawdę nie wiadomo na czym zawiesić oko. Niektóre kolory mają po 5-10 odcieni! Wow! Każdy znajdzie coś dla siebie. 

Pierwszy zakupiłam ten piękny lakier w odcieniu rosegold - nigdy nie widziałam tak cudownego koloru. Fakt mam kilka "różowych złotek", ale to nie to samo - lakier firmy Inglot ma niespotykane dotąd przeze mnie wykończenie i pięknie opalizuje w odcieniach różu i złota. 

Po otwarciu buteleczki zaskoczył mnie pędzelek, bo jak dotąd we wszystkich moich lakierach spotykałam się z szerokim, wygodnym "kocim jęzorkiem". W przypadku Inglota jest inaczej - pędzelek jest wąski i prosty. Po kilku pierwszych pociągnięciach szybko okazało się, że z takim pędzelkiem pracuje się o niebo lepiej niż z "grubasami". Dzięki jego kształtowi nie nabieramy zbyt dużo lakieru i możemy nim bardzo precyzyjnie pokryć paznokcie. To jak pięknie da się nim wyrysować linie przy skórkach jest fenomenalne! Pewnie nasunęło wam się, że taki pędzelek wydłuża czas malowania. A skąd! Mimo, że działamy precyzyjnie, to o dziwo maluje się bardzo szybciutko. Szast, prast i gotowe.
Aby mieć lepszy wgląd w sytuację zakupiłam również "normalny" lakier - tzn ze zwykłym wykończeniem. Postawiłam na klasyczną, piękną, głęboką czerwień - uwielbiam ten kolor i często gości on na moich paznokciach.


W obu przypadkach okazało się, że krycie jest równie fenomenalne, co aplikacja. Lakiery całkowicie kryją już po jednej warstwie, nie smużą i nie robią paskudnych prześwitów. Ja jednak zawsze aplikuję drugą, cieńszą warstwę - tak jakoś się nauczyłam. 

Oba lakiery bez praktycznie żadnego uszczerbku utrzymują się na moich paznokciach min. tydzień. Rewelacyjny wynik! Mogę robić manicure i nie martwić się, że przez najbliższe dni coś się z nim stanie. Podczas testów moim paznokciom dawałam niezły "wycisk" - sprzątałam, myłam pędzelki, szorowałam buty, gotowałam, zdrapywałam zdrapki. Po równiutkim tygodniu różowy lakier wyglądał tak, jak na poniższym zdjęciu. Niestety nie zdążyłam zrobić zdjęcia czerwonego, bo musiałam skrócić paznokcie ze względu na pracę,  ale uwierzcie mi - wyglądał tak samo dobrze.


Nie zwracajcie za bardzo uwagi na to, co dzieje się przy skórkach - kiedy pojawia mi się odrost to momentalnie biorę radełko i odpycham skórki, przez co czasem lakier troszkę ucierpi. Taki mój nawyk, zapomniałam o tym. :P

Powyższe rzeczy skutecznie zdetronizowały moich dotychczasowych ulubieńców. Lakiery Inglota zawierają wszelkie cechy tych, które stosowałam dotychczas, a oprócz tego mają to, czego inne nie miały. Myślę, że za cenę 30 złotych warto zainwestować chodź w dwa-trzy ulubione odcienie, które nosimy najczęściej. Plusem jest również dość spora pojemność lakierów - aż 15ml! :)

Pozdrawiam,
Rose ♥
22

wtorek, 11 kwietnia 2017

Jak pachnie wiosna? | Elizabeth Arden Green Tea Nectarine Blossom


Z czym kojarzy wam się wiosna? Mi z delikatnością i świeżością - zapach kwiatów, ściętej trawy, pierwszej mżawki... Dookoła wszystko budzi się i rozkwita, zatem czas odłożyć cięższe, zimowe zapachy i sięgnąć po coś takiego jak wiosna - lekkiego i świeżego.

Na te perfumy natrafiłam przechodząc obok Douglasa - były wystawione na tych "standach" przed sklepem. Szczerze to nie wiedziałam jakiego zapachu mam się po nich spodziewać, ale urzekło mnie kwieciste opakowanie, które skojarzyło mi się z bieżącą porą roku.

Jakie było moje miłe zaskoczenie, gdy okazało się, że zapach jest taki, na jaki liczyłam! Świeży, delikatny, dziewczęcy - po prostu wiosenny. Pod koniec "noszenia" perfum dość mocno wyczuwalne są nuty piżma, które skryte są pod zieloną herbatą i brzoskwinią, ale i one nie są ani mocne, ani wyjątkowo ciężkie. Dodają zapachowi charakterku :)

Kwiecień zdecydowanie kojarzyć mi się będzie właśnie z tym zapachem - Green Tea Nectarine Blossom. Perfumy marki Elizabeth Arden doskonale oddają wiosnę, a dzięki nim nawet w deszczowy dzień da się poczuć atmosferę tej pory roku.

A Wy macie już swój wiosenny zapach?

Pozdrawiam,
Rose♥
35

niedziela, 9 kwietnia 2017

Moi ulubieńcy z rossmanna | Co kupić na promocjach w rossmannie | Rossmann -49% 2017

Magazyn "Skarb" Kwiecień 2017





Rossmannowe promocje na dobre chyba już wpisały się w coroczny kalendarz każdej kosmetykomianiaczki. Odbywają się cyklicznie, na początku wiosny i jesieni. Dla jednych jest to okazja do bezkarnej rozpusty, inni jednak wolą kupić tylko sprawdzone kosmetyki w większym zapasie. Ja jestem gdzieś pomiędzy - kupuję po jednej sztuce ulubionych mazideł, ale również chętnie wrzucam do koszyka nowości, których jeszcze nie miałam. Łatwiej mi wtedy będzie się czegoś pozbyć jeżeli ewentualnie się nie sprawdzi :P Przynajmniej ja tak sobie tłumaczę kupowanie masy kosmetyków.

Bardzo lubię podglądać u innych dziewczyn, co one planują zakupić podczas promocyjnego szaleństwa. Jest to o tyle fajne, że często do danego produktu dodają kilka słów od siebie, więc nie musimy kupować kota w worku, bo wiemy czego możemy po danym produkcie się spodziewać :) Robienie listy zakupów też jest bardzo przydatne, ponieważ kiedy wiemy po co idziemy, to tylko sprawnie wrzucamy kosmetyki do koszyka i nie musimy stać w tłumie kobietek, które (podobnie jak robiłybyśmy to my bez listy) stoją tłumem przy szafach i oglądają kolejne mazidła. Nie żebym coś miała do takich kobietek, bo kiedy ja sobie nie zaplanuję zakupów robię dokładnie to samo  - przecież inaczej kupić kosmetyku się nie da. Po prostu zwracam uwagę na to, że z listą zakupów wszystko idzie sprawniej.

W tym poście zebrałam produkty, na które moim zdaniem warto zwrócić uwagę podczas promocji. Są to przetestowane przeze mnie kosmetyki, które świetnie się u mnie sprawdzają i o których mogę powiedzieć wam kilka słów.

1. True Match, L'oreal:
Z tym produktem miałam dziwne przygody - raz był świetny, raz okropny. Nie jest to podkład z którym od razu da się polubić. Jego trzeba się "wyuczyć", bo nie na każdej bazie czy kremie wygląda dobrze. Tak samo nie z każdym pudrem lubi się łączyć. Plusem tego produktu niewątpliwie jest bardzo jasny odcień (N1), żółte tony, zdrowy niepłaski mat i jego niebywała lekkość. Moim zdaniem jest to świetny podkład na co dzień, ale sprawdza się fajnie również i na większych wyjściach.



2. Korektor Perfect Stay, Astor:
Najjaśniejszy korektor, jaki widziałam w rossmannie - idealny do rozjaśniania okolicy pod oczami. Nie wchodzi w załamania, trzyma się cały dzień i świetnie wygląda z każdym pudrem! Cudo :)


3. Maskara 2000 calorie, Max Factor:
Tego produktu chyba nie muszę wam przedstawiać - jest to mój "holy grail" i prawdopodobnie nigdy w świecie na nic innego go nie wymienię (dobra, czasem go zdradzam, ale na krótko). Doskonale rozczesuje rzęsy, pogrubia i wydłuża - efekt jest naturalny, nie przerysowany, ale oczy są wyraźnie podkreślone. No i kolor black brown - świetna czerń przełamana brązem, idealna na co dzień.




4. Stay Matte, Rimmel:
Zakupiłam go dość niedawno, bo jakoś w grudniu chyba, ale muszę przyznać, że jest bardzo przyjemny. Najjaśniejszy kolor jest naprawdę jasny, nie ciemnieje i dobrze łączy się z podkładem. Nie waży się, ani nie włazi w pory - wygląda bardzo naturalnie. No i oczywiście, jak sama nazwa wskazuje - matuje i to naprawdę na długo.


5. Kredki do oczu, L'oreal:
Są naprawdę mega trwałe i dobrze napigmentowane. W życiu nie miałam tak doskonałej kredki, serio! Wiem, że kiedyś były w CND, ale ostatnio chyba wróciły do rossmannów.



6. Masterpiece Nude Palette, Max Factor:
Świetna paletka cieni idealnych do wykonywania makijaży na co dzień - dostępne jest kilka wersji kolorystycznych, ja mam tę nr 01. Jestem z niej naprawdę zadowolona, bo często jest niezastąpiona na wyjazdach. Plusem jest jej mały, kompaktowy rozmiar, dobra jakość oraz to, że kolory, jakie w niej się znalazły są wystarczające do tych lekkich, jak i trochę mocniejszych makijaży.



7. Eyeliner w słoiczku, Maybelline:
Piękna, głęboka czerń. Nie blaknie w ciągu dnia, nie rozmazuje się, a malowanie nim kreski to bułka z masłem. Zdecydowanie najlepszy i najtrwalszy (a mam opadające i tłuste powieki) eyeliner jaki kiedykolwiek miałam.



8. Matowe pomadki K.Lips oraz Million dollar lips, Wibo:
Piękne i wytrzymałe maty oraz cudowne kolorki. Jedne z moich ulubionych pomadek. :)



9. Żel do brwi Brow Artist Shaper, L’Oréal:
Świetnie utrwala włoski, brwi trzymają się calutki dzień. Dodatkowo nadaje im kolor, a efekt jest bardzo naturalny.


Nie chciałam wrzucać wam tutaj zbyt wiele z tych tańszych produktów, mimo, że jest wiele, z których jestem zadowolona. Wibo, Lovely, Eveline - te marki mają w swoim asortymencie wiele perełek, a na promocji większość ich produktów uda się upolować w cenach od 5 do 10 zł. Ja chciałam wam natomiast polecić te troszkę droższe kosmetyki, bo promocja to akurat idealna okazja aby je zakupić i zaoszczędzić przy tym parę monet :)

A jakie produkty wy zamierzacie zakupić na promocji? Macie już swoje typy? A może wcale nie zamierzacie szaleć? Piszcie!

PS: Jak podoba Wam się nowe, wiosenne tło do zdjęć? Czy produkty dobrze na nim wyglądają? Nie jest zbyt kolorowo i pstrokato? Bardzo proszę Was o opinię, bo chcę aby zarówno zdjęcia, jak i posty były jak najlepsze! :)

Pozdrawiam,
Rose♥

50

czwartek, 6 kwietnia 2017

Cymbulkowy sposób na ogarnięcie swojej szafy i moja droga do świadomego kompletowania ubrań.


Cymbulka jest koleżanką "po fachu" - prowadzi swojego bloga, do którego odwiedzenia gorąco was zachęcam. Czeka tam na was masa inspiracji oraz świetnie napisanych postów - uwierzcie mi, że jest co czytać! Jakiś czas temu (właściwie to w tamtym roku) na jej blogu ukazała się seria postów o tym, jak zaprowadzić w swojej garderobie ład i porządek. Kiedy je przeczytałam od razu chciałam zabrać się za zmiany, bo posty te były naprawdę motywujące. Jednak, podobnie jak w przypadku każdych zmian, okazało się, że i do tych muszę "dojrzeć". I w końcu udało się!

Najpierw zapraszam Was do zapoznania się z serią postów Cymbulki, bo bez nich ten mój by nie istniał:


Pierwszą rzeczą, którą postanowiłam zrobić były duże porządki w szafie. Wyrzuciłam wszystkie ubrania na łóżko i dokładnie przejrzałam każdą jedną rzecz. Zastanawiałam się po trzy razy "czy na pewno akurat to jest mi potrzebne i czy mam zamiar w tym chodzić?". Ubrania, w których nie chodziłam dłużej niż rok-półtora od razu spakowałam do worka, nad nimi prawie w ogóle się nie zastanawiałam. Później, z przebranych ubrań próbowałam pokompletować jakieś zestawy, moim celem było stworzenie jak najbardziej spójnej garderoby, gdzie mogę dowolnie mieszać ubrania.

Rozpatrzyłam również sprawę "ubrań po domu" - każda z nas na pewno gdzieś ma pochowane stare bluzki, sukienki czy spodnie na "donoszenie do końca". Cymbulka o nich mówiła tak:

"Często jest tak, a przynajmniej ja tak miałam, że ubrania których szkoda mi było wyrzucić. Zostawiałam na półce pt. "ubrania po domu", a później chodziłam w nich na siłę, bo miałam zbyt duże wyrzuty sumienia żeby się ich  pozbyć."

I przyłapałam się, że ja również tak robiłam, składowałam masę znoszonych ubrań bo "przydadzą się po domu". Ale tak patrząc realnie, to ja po domu zawsze noszę czarne, zwykłe legginsy i zwykłą koszulkę. Tutaj moje i Cymbulki zdanie się różniło, bo autorka wspominała, że woli zawsze chodzić po domu tak, jakby zaraz miała przyjąć gości. Szczerze - bardzo bym tak chciała, ale ja zawsze potrafię się w domu wszystkim uciapać. Więc zaraz po przyjściu do domu zdejmuje koszulę i spodnie, składam je do szafy (gdzie są gotowe do założenia, w razie jakby ktoś miał przyjść lub musiałabym gdzieś wyskoczyć) i wskakuję w wygodne legginsy i koszulkę. Tak robię zawsze, więc nie mam pojęcia po co składowałam te ubrania "po domu", skoro wystarczało mi tylko pare par leginsów i dziesięć koszulek. W taki właśnie sposób ubrania "po domu" poleciały do worka.

Na końcu podzieliłam półki w mojej szafie zależnie od przechowywanych tam ubrań, zrobiłam również miejsce aby ułożyć tam rzeczy zimowe, których teraz już nosić nie będę. Ubrania, które pozostały po mojej segregacji dokładnie wyprasowałam, złożyłam i ułożyłam w szafie wg. wcześniejszego podziału półek. Uważam, że taki porządek w szafie jest niezbędny do zachowania ładu i harmonii w kompletowaniu garderoby.

Później skorzystałam z posta o określaniu swojego stylu i stworzyłam swoją własną tabelkę rzeczy, które lubię, oraz tych, których nie lubię. Mam ją zawsze przy sobie i kiedy robię zakupy staram się nią kierować. Tutaj w poście zamieszczam jej rozwiniętą wersję, z dłuższym komentarzem :)

Spodnie: wybieram zawsze te z wysokim stanem, bo źle czuję się w biodrówkach, które przez moją chudą talię i tak podnoszą się do góry, co wygląda nieestetycznie. Z tego samego też powodu spodnie, które kupuję zawsze są w rozmiarze "na styk" (i tak się rozciągną, dopasowując się idealnie do mojej figury), unikam rozmiaru 38, bo zawsze jest dużo za duży w talii. Nogawki koniecznie muszą być zwężane, a najlepiej, żeby były to rurki - bardzo fajnie, jeżeli spodnie kończą się kilka cm przed kostką.

Góra: Uwielbiam koszule i mogłabym nosić je praktycznie na każdą okazję i do wszystkiego, niełatwo jednak jest kupić mi taką, żeby idealnie na mnie leżała. Potrzebuję modelu z wąskimi rękawami (bo mam rączki chude niczym u dziecka), wąską talią, ale szerszą okolicą biustu. W większości przypadków rozmiar 34-36 spełnia wszystkie aspekty, poza wymiarami w biuście, a 38 znów totalnie źle leży, ale za to pasuje w biuście. Rzadko kiedy zdarza się mi trafić idealny model koszuli - oduczam się więc kupowania trzydziestki ósemki z nadzieją, że kiedyś zgrubnę i że zacznie na mnie dobrze leżeć.

Wszystkie zwykłe koszulki jakie miałam w szafie praktycznie z niej wyleciały, bo w większości przypadków miały zbyt ciasny w biuście krój. No nic. Te bardziej rozciągnięte, ale nie znoszone egzemplarze (sztuk 3) odłożyłam na kupkę z zestawami "po domu". Odkryłam jednak krój koszulek, który leży na mnie idealnie - mianowicie lekki oversize. W tym przypadku nie muszę martwić się, że gdzieś jest za wąsko, a gdzieś zbyt szeroko. Ważne jest jednak aby to był rzeczywiście delikatny oversize, a nie po prostu zbyt wielka koszulka-worek.

Przejrzałam też moje topy na ramiączkach i pozbyłam się wszystkich, które były albo zbyt duże, albo miały zbyt głęboki dekolt - na nic mi takie. Pozostawiłam kilka tych, które leżały doskonale i miały świetnie wycięty dekolt, który idealnie kończył się pod obojczykami nie odsłaniając zbyt wiele.

Bardzo lubię też wszelkiego rodzaju narzutki i sweterki, które koniecznie muszą być luźne.

W przypadku koszulek i topów staram się teraz stawiać na kolory jednolite i w miarę stonowane - biele, pudrowe róże, granaty, szarości - tak, abym mogła je ze wszystkim zestawić.  Koszule zazwyczaj noszę same, bez jakichś narzutek, tak więc dalej rządzą się swoim prawem i króluje w nich pełna feeria barw - staram się to jednak ograniczyć i powoli odkrywam co jest fajne, a co nie.

Sukienki i spódnice: podobnie jak spodnie, tak i spódnice koniecznie muszą być z wysokim stanem - inne i tak "podjeżdżają" mi cały czas do góry, co niezmiernie mnie irytuje. Sukienki podzieliłam na trzy kategorie - letnie, które muszą być przewiewne i mogą mieć jakieś wzorki lub fajne nadruki, eleganckie, które najbardziej pożądane przeze mnie są w gładkich jednolitych odcieniach, oraz te bardziej wyjściowe - zwiewne i nieco dłuższe od tych eleganckich. Zasada jest jedna - albo jest skrojone idealnie pode mnie, albo nie kupuję. W przypadku sukienek i spódnic nie da się inaczej.

Ubranie wierzchnie: płaszczy zimowych mam 5 sztuk - każdy jednak jest dobrze dopasowany, mają różne kroje i kolory. To akurat sobie wybaczam, bo wiadomo, że nikt chyba nie chce cały sezon chodzić tak samo ubrany :P Kurtki wiosenne mam sztuk dwie, z czego jedna przyciasna (w biuście, a jakby) - jest śliczna, ale chyba jej też będę musiała się pozbyć. Dokupiłam tylko dwa płaszczyki przejściowe (zimowo-wiosenne i jesienno-zimowe), tak, żeby mieć już cały komplet. Tutaj nie potrzebuję nic zmieniać.

Buty: Wyrzuciłam wszystkie pary z całkowicie okrągłymi noskami - a fe! Nigdy więcej takich nie kupię, bo moja noga wygląda w nich jak nóżka kaczora donalda. Teraz zdecydowanie wybierać będę tylko te, które mają takie fajne, jakby lekko w zaokrąglony szpic, czubki. Takie wiecie... jakie były ostatni sezon modne! :) Jedynym wyjątkiem jest nowa para krótkich conversów, którą pokochałam za wygodę.

Akcesoria: Prostota, minimalizm i w przypadku biżuterii koniecznie złoto, lub różowe złoto. Torebek małych czarnych mam multum, więc teraz przydałaby mi się jakaś jedna jasna. Od tej pory również stawiam na jakość nie na ilość!

Zastosowałam się również do pomysłu z tworzeniem listy zakupów na dany sezon i wypisywaniem cech danej rzeczy, na których dokładnie nam zależy - super sprawa, bo mamy wtedy całą garderobę pod kontrolą. Oprócz tego zasada, która widnieje w punkcie z akcesoriami, obowiązuje w przypadku każdej części garderoby - jakość, nie ilość. 

Po takich zmianach czuję się niebywale lekko, bo wiem, że pozbyłam się zbędnych rzeczy, które tylko niepotrzebnie zalegały w moim otoczeniu. Mimo, że były skrzętnie pochowane w szafie, to i tak czułam ich obecność i czułam się przytłoczona tym, że powinnam kiedyś zacząć je nosić. A to bzdura, bo jak można nosić coś, co właściwie do ciebie nie pasuje?

Jeszcze raz gorąco zachęcam was do przeczytania postów Cymbulki, a autorce bardzo dziękuję, bo zmotywowała mnie do ogromnej zmiany. Dzięki Niej ja czuje się lepiej, mój portfel czuje się lepiej, mój biedny, wymęczony ciągłymi zakupami P. czuje się lepiej - ogólnie to wszyscy są szczęśliwsi. :)

Pozdrawiam,

Rose♥
33

wtorek, 4 kwietnia 2017

Duraline - magiczny produkt Inglota | Do czego i jak go używać - moje sposoby

Kultowy już Duraline od Inglota znają chyba wszyscy! Jeżeli któraś maniaczka makijażu go nie miała, to na pewno choć raz o nim słyszała - produkt ten wiele razy przewija się u topowych blogerek i youtuberek kosmetycznych. Duraline to bezbarwny i bezwonny płyn, który w opakowaniu i przez pierwsze chwile po aplikacji wydaje się być oleisty - jednak tak nie jest, bo jego tłustość znika po nałożeniu na skórę. Jedyne, co producent mówi o jego zadaniu to to, że Duraline ma nadawać wodoodporną formułę dowolnemu połączonego z nim kosmetykowi. Fajnie, prawda? Już samo to brzmi świetnie, ale kosmetykoholiczki z całego świata wypracowały wiele, wiele innych zastosowań kultowego produktu Inglota. Sama mam kilka związanych z nim "asów w rękawie" i bardzo chętnie się nimi z Wami podzielę.

1. Nakładanie cieni metodą na mokro: 

Dawniej w tym celu stosowałam zwykłą wodę - po prostu zwilżałam nią delikatnie pędzelek, a później wykonywałam makijaż oczu. Ten sposób jest fajny, bo cienie lepiej przyczepiają się do powieki i nie osypują się wkoło. Duraline jednak w tym przypadku spisuje się jeszcze lepiej, bo oprócz lepszej przyczepności cienia do powieki, produkt ten przedłuża jego trwałość oraz podbija pigmentację.

Metoda nakładania cieni metodą na mokro to idealny sposób aby zaaplikować cienie brokatowe, które dzięki Duraline nie osypią się podczas wykonywania makijażu, jak i w ciągu dnia. Dodatkowo produkt Inglota wydobędzie z każdego, nawet najtańszego cienia przepiękny blask i kolor - żadna inna baza tak ślicznie i efektywnie tego nie zrobi.


2. Używanie go jako bazy pod cienie:

Skoro Duraline tak fajnie sprawdza się w przypadku powyższej metody, to czemuż by nie zastosować go jako bazy pod cienie? Wypróbowałam ten sposób i jestem zachwycona, bo oprócz tego, o czym pisałam wyżej, to produkt Inglota genialnie trzyma makijaż oczu w ryzach i sprawia, że nic nie znika w ciągu dnia.

3. Ratowanie pomady do brwi / tuszu / kamuflażu / bazy pod cienie, lub innego dowolnego produktu, który z założenia ma mieć kremową konsystencję, a niestety zdążył już zaschnąć:
Każda z nas zna to uczucie, kiedy ukochana maskara po miesiącu jest do niczego - kosztowała krocie i szkoda jej wyrzucić. Lub po prostu jesteśmy oszczędne i chcemy wykorzystać ją do samego końca. Tak samo dzieje się z wieloma kremowym produktami - kilka tygodni i są zaschnięte na kamień. Do ich ratowania genialnie sprawdza się Duraline, wystarczą 2-3 kropelki i produkt jest jak nowy! Jednak po takiej "akcji reanimacyjnej" dany kosmetyk nadaje się do użycia dopiero na drugi dzień - kiedy Duraline dokładnie się z nim wymiesza.



4. Stosowanie Duraline pod matowe pomadki:

To jest moje odkrycie roku! Produkt Inglota świetnie wygładza usta i sprawia, że matowa pomadka utrzymuje się znacznie dłużej i brzydko się nie zjada. Nie wiem tylko jak Duraline sprawdzi się pod zwykłymi szminkami z bardziej tłustą formułą - muszę to kiedyś przetestować.


5. Domieszka do korektora pod oczy:

Jeżeli korektor jest zbyt treściwy i waży się w okolicach oczu to fajnie da się go "rozcieńczyć" Duraline. Produkt nie zmieni swojego krycia, ale będzie miał lżejszą formułę i przestanie włazić we wszelkie załamania.

6. Stworzenie własnego eyelinera: 

To chyba najpopularniejsze zastosowanie Duraline i każda kobietka o takowym słyszała. Wystarczy kropelka płynu oraz odrobina wybranego cienia, czy pigmentu. Duraline można również połączyć z cieniem do brwi tworząc swojego rodzaju pomadę :)


7. Zmiana konsystencji podkładu:

Tutaj podobnie jak z korektorem - wystarczy dodać kilka kropel do zbyt ciężkiego podkładu. Produkt po takim zabiegu rozprowadza się milion razy lepiej oraz nie tworzy nieestetycznego ciastka ani nie waży się w ciągu dnia.

8. Do konturowania na mokro:

Duraline w tym przypadku używam na dwa sposoby - albo dodaję do produktu (korektora, bronzera w kremie, sztyfcie do konturowania), lub delikatnie maczam beauty blender w kropelce płynu, a później rozcieram to, co mam na twarzy. Dzięki Duraline konturowanie jest bardzo schludne, wygląda naturalnie i co najważniejsze - nie ściera się szybko. 









Jak widzicie sposobów na używanie Duraline jest wiele i to w sumie od was zależy do czego go zużyjecie. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że w cenie 26 złotych otrzymujemy kosmetyk z tak wieloma zastosowaniami. W tym przypadku przekonanie, że "jeżeli coś jest do wszystkiego, to jest do niczego" zdecydowanie się nie sprawdza.

Pozdrawiam,
Rose♥

26

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Wiosna złapana w kadr

Jakiś czas temu dzięki blogowi Anks przypomniałam sobie jak bardzo dawniej lubiłam fotografować wszelkie roślinki, kwiatuszki i malutkie żyjątka. Pamiętam, jak w podstawówce zamiast po lekcjach iść prosto do domu, wyciągałam prosty aparat kompaktowy, który dostałam wtedy na komunię i łapałam w kadr każdą napotkaną roślinę. Faza na takie fotografowanie utrzymywała się u mnie jeszcze przez długi czas, aż w ostateczności wyginęła śmiercią naturalną z powodu braku czasu.

Kiedy przeglądałam u Anks posty ze zdjęciami, momentalnie naszła mnie ochota aby znów, zamiast prosto wrócić z przystanku do domu, wybrać się na dłuższy spacer, pooglądać wszystko dookoła i uchwycić zaczynającą się właśnie wiosnę. Nawet nie wiecie ile miałam przy tym radochy, poczułam się znów jak dziesięciolatka! Jedna rzecz tylko się zmieniła - wstydziłam się wchodzić do przyblokowych ogródków, mimo, że kiedyś bardzo często robiłam - bo wiadomo, tam są najpiękniejsze "okazy".

Efekty mojego łapania w kadr wiosny zobaczyć możecie poniżej, a ja tym czasem bardzo dziękuję Anks za to, że przypomniała mi o mojej dawnej pasji. Mam nadzieję, że od teraz uda mi się trochę więcej fotografować, bo sprawia mi to taką samą przyjemność, jak kiedyś. Nawet już wpisałam to postanowienie do mojego BuJo - także sprawa jest poważna! 










20
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.