wtorek, 21 marca 2017

Wiosna, ach wiosna!


Jednym  z najlepszych uczuć na świecie jest to, kiedy rano budzą cię promyki słońca muskające Twoją twarz. Dzisiaj było ono jeszcze nieśmiałe, jakby wstydziło się wyjść zza chmury - jednak dało się wyczuć wiosenną atmosferę. Nie mogę uwierzyć w to, że jeszcze wczoraj w Krakowie tak okropnie wiało i padało - nic nie zwiastowało nadejścia tej upragnionej chyba już przez wszystkich pory roku. Więc wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy rano o 7 ujrzałam przepiękne niebieskie niebo i słoneczko wychylające się zza chmur. Taka pogoda od razu sprawia, że mam lepszy humor i jak to mówi moja mama - "aż się chce". 

Wiosna to piękna pora roku, kiedy wszystko budzi się do życia, człowiekowi właśnie się "zachciewa" wszystkiego - mamy motywację do działania i taki "power", który uśpiony był przez zimę. Dzisiaj po przebudzeniu poczułam, że ten dzień będzie dobry, nie martwiłam się ani ocenami, ani natłokiem obowiązków, wszystko gdzieś uciekło...

Szczerze, to nie mogę doczekać się już długich spacerów, słoneczka i wiosennych mżawek, które nic wspólnego nie mają z ostatnimi ulewami. Chcę już pożegnać zimową aurę, która mimo, że bardzo piękna, to dała mi się we znaki.


A wy poczuliście już wiosnę? 
Rose♥
21

piątek, 17 marca 2017

Dużo nowości!


W ostatnim miesiącu poszalałam z zakupami kosmetycznymi i nazbierało mi się naprawdę wiele ciekawych cukiereczków. Jak wiecie przełamałam się do kupowania przez internet no i... przepadłam. Oprócz tego w napotkałam wiele ciekawych promocji w drogeriach, kilka rzeczy mi się pokończyło, a kilka wpadło w moje ręce z zupełnej ciekawości. Takie szaleństwo zakupowe wymęczyło trochę mój portfel, więc w tym miesiącu zdecydowanie powinnam przystopować z kosmetykami :P

Na pierwszy ogień pokażę wam moje internetowe łupy. Wybrałam szampon babuszki Agafii, czarną wybielającą pastę do zębów oraz Alantan w wersji niebieskiej. Babuszka troszkę mnie zawiodła, bo na pierwszym miejscu w składzie ma SLS, a podobno miała być naturalna... Za to czarna pasta sprawdza się genialnie! Jest delikatna dla zębów, ale widocznie je wybiela. Alantan to mój stary ulubieniec :)


Ostatnio skończył się mój True Match i po zużyciu tej jednej buteleczki stwierdzam, że się polubiliśmy. To nie jest podkład, który od samego początku będzie idealny, ja potrzebowałam nauczyć się jak go aplikować, na jakie kremy oraz z jakimi pudrami go łączyć. Ale kiedy już sobie to wszystko wyczułam, True Match jest dla mnie idealny i na pewno pozostanie ze mną na dłużej - dlatego też domówiłam sobie następną buteleczkę.  Dwa korektory z Inglota upolowałam na gigantycznej przecenie w Douglas - produkty tej marki miały cenę obniżoną o jakieś 70%! Ten w słoiczku jest w kolorze zielonym i idealnie sprawdza się na moich wiecznie zaczerwienionych policzkach. Zdradzę wam, ze zapłaciłam za niego jakieś 14 zł :P Wersja w pędzelku jest przeznaczona pod oczy. Nie jest to typowy korektor bo... on wcale nie ma koloru! Posiada za to dużo mikroskopijnych drobinek (w żadnym wypadku nie brokatu!), które przepięknie odbijają światło. Mieszam go z moim ulubieńcem - Astor Perfect Stay - i efekt jest powalający! Róż z Lovely był kupiony z czystej ciekawości, ale jak na razie mnie nie zachwyca. Poczekam na bardziej słoneczne dni.


Z nowości paznokciowych najlepszym zakupem (bo najbardziej się przyda) jest rozcieńczalnik do lakierów od Inglota. Za taką buteleczkę płaciłam coś około 20 zł, produkt jest bardzo wydajny i fajnie przywraca lakiery do "żywych". Udało mi się również kupić miniaturkę kultowego już Seche Vite, ale po pierwszych próbach nie jestem z niego zadowolona - dużo lepiej sprawdza się wysuszacz z Golden Rose. Ale jeszcze potestuję :) Olejek do paznokci z Bell prześlicznie pachnie brzoskwinką i genialnie nawilża skórki oraz płytkę paznokcia. Cudo za całe 8 zł! Czerwony lakier z L'oreal upolowałam na dużej przecenie w Hebe, a ten brokatowy czekał na mnie na osiedlowym bazarku. Lubię takie brokaty jako akcent na serdecznym paznokciu :)


Na tym zdjęciu macie dowód mojej zdrady, która mi zupełnie nie wyszła - maskara z Maybelline za żadne skarby nie dorasta do pięt mojemu Max Factorowi, chociaż jest całkiem fajna. Leci do mamy, dla której jest ulubienicą :) Eyeliner w pisaku z Eveline jest bardzo przyjemny, ale kupiony był z czystej ciekawości, bo rzadko maluję kreski. Za to ta perełka z Golden Rose - pisak do brwi - będzie moim totalnym ulubieńcem. Ma świetny kolor, który w 100% mi pasuje, a jego aplikacja jest banalnie prosta i szybka. Bardzo dziękuję Pani pracującej w katowickim Golden Rose, która mnie namówiła na jego zakup!


Na końcu została kosmetyczna pierdółka - gąbeczka do czyszczenia pędzelków do makijażu "na sucho". Jej recenzja jest tutaj, ale mogę wam zdradzić, że sprawdza się świetnie. Oprócz tego zakupiłam dwie konturówki z Golden Rose, które bardzo lubię do stosowania na całe usta :)


To tyle nowości u mnie, muszę przyznać, że wpadło tego dość sporo. Także teraz basta i pora skupić się na zakupach odzieżowych. Zdecydowanie potrzebuję jakichś fajnych butków na wiosnę... no i może jakiejś torebki :)

Pozdrawiam,
Rose ♥
40

niedziela, 12 marca 2017

Jak wyczyścić pędzelki bez moczenia ich | Magiczna gąbeczka do czyszczenia pędzli | W7 Shade & Swap


Cześć ♥

Mimo, że mam naprawdę wiele pędzli, to staram się używać tylko trzech lub czterech jednego dnia. Spowodowane jest to oczywiście higieną, bo nie chcę używać takich wypacianych brudasków. A poza tym... komu by się chciało myć pędzelki codziennie? Ja na ich dzień kąpieli wyznaczyłam piątek i tego się skrupulatnie trzymam. Więc przez cały tydzień pędzelki tak sobie zużywam, te brudne odkładam do pudełeczka, a w piątek rozkładam cały arsenał i rozpoczynam istne tortury.

No ale jak można wykonać makijaż oka np. jednym pędzelkiem? W normalne dni tygodnia, kiedy idę do szkoły nie potrzebuję nie wiadomo czego na powiekach - ot trochę zaznaczyć ruchomą powiekę, dodać cień na zewnątrz i trochę błysku. I tyle. Więc jeden pędzelek w zupełności mi wystarczy, bo taki makijaż jest naprawdę podstawowy.

Problem pojawia się w momencie, kiedy chcemy zmienić kolor cienia, a pędzelek jest wciąż brudny. No właśnie. Kiedyś wykombinowałam sobie taki sposób, że podkradłam mamie stary, szorstki, nieużywany ręcznik, wycięłam z niego kawałek i delikatnie na nim czyściłam między aplikacją kolejnych kolorów upaciane pędzle. Jednak zaczęło mnie to irytować, bo ręcznik się zwija, spada i jeszcze inne cuda się  z nim dzieją. Otworzyłam więc internet i oblookałam co tam ciekawego w kwestii mycia tak ważnych narzędzi, jakimi są pędzle można znaleźć.

I nie zgadniecie! Odkryłam, że patent z czyszczeniem brudasków bez wody, za pomocą delikatnego tarcia istnieje i ma się bardzo dobrze! Kilka marek własnych drogerii (w tym natury oraz Sephory) ma w swoim asortymencie gąbeczki do szybkiego czyszczenia pędzelków. Eureka! Przy okazji zamawiania jakichś dupereli (szamponu i pasty do zębów - tak, pokonałam lęk przed zamawianiem takich produktów z internetu) - do koszyka wpadła mi właśnie taka gąbeczka tyle, że z firmy W7. 


Czarna gąbka o chropowatej powierzchni zamknięta jest w uroczym, landrynkowo-różowym, plastikowym pudełeczku. Nie jest to tania chińszczyzna, tylko pewnie z plastik z tych wysokopółkowych, bo materiał jest solidny i nie wygląda na taki, co za chwilę miałby się połamać. Opakowanie jest wygodne i praktyczne, nie ma żadnego problemu z jego otwieraniem. Powierzchnię, która czyści pędzelki bez problemu można wymyć ciepłą wodą z dodatkiem np. jakiegoś mydełka antybakteryjnego, a taka kąpiel nie wyrządza jej żadnych szkód, bo jej właściwości z żaden sposób się nie zmieniają.

Brudny pędzelek przed czyszczeniem


Najważniejszą kwestią jest czy wynalazek ten działa. A no działa. I to jeszcze jak! Doskonale sprawdza się do szybkiego zmieniania koloru cienia, doczyszcza narzędzia na tyle, że nie ma szansy, aby odcienie nakładane tym samym pędzelkiem na powiekę się zmieszały. Nie zauważyłam też, aby chropowata gąbeczka te nasze narzędzia zbrodni, jakimi niewątpliwie są pędzle, niszczyła. Ale ja pocieram tak delikatnie, że nawet piórka by się nie dało zepsuć. 

Efekt szybkiego przetarcia pędzelkiem po gąbeczce


Pamiętajcie jednak, że taka gąbeczka nie zastąpi nam porządnego mycia za pomocą wody i detergentu. Ona nie usuwa bakterii i zarazków - po prostu "zdejmuje" kolor cienia z pędzla. Moim zdaniem to świetny wynalazek, przydatny chociażby właśnie do codziennego, szybkiego makijażu. Wyciągamy jeden pędzelek ze stojaka ---> robimy cały makijaż oczu przy jego pomocy w międzyczasie posiłkując się czyścikiem W7 ---> brudny pędzel odkładamy do pojemniczka "do czyszczenia".

Pozdrawiam serdecznie,
Rose♥
57

wtorek, 7 marca 2017

Jak udało mi się przekonać niechęć do tabletek | biotebal - moje wrażenia


Jakiś czas temu na moim blogu powstał post o genialnej odżywce do paznokci marki Vipera. Okazała się ona ratunkiem na moje problemy - przesuszoną płytkę paznokcia, skłonność do łamania i rozdwajania się oraz ogólną złą kondycje moich paznokietków. Jednak oprócz tych przypadłości zmagam się z czymś jeszcze, mianowicie moje paznokcie są słabe od środka. Oznacza to więc, że mimo odżywienia ich z zewnątrz one i tak po jakimś czasie nie tyle co się złamią - bo na to zaradziła odżywka - ale popękają wewnątrz i w ostateczności się skruszą. Nie umiem dokładnie opisać tego zjawiska, to tak jakby wewnątrz paznokcia pojawiała się "pajęczynka" (podobna do tej, jaka pojawia się na stłuczonej szybie telefonu), która jednak nie sprawia, że paznokcie się łamią. One stopniowo się ukruszają zostawiając nieestetyczną obdartą krawędź, której piłowanie nic nie da - bo będą kruszyć się dalej.

Odżywce z Vipery dalej nie mam nic do zarzucenia - jest wspaniała! Robi swoją robotę w stu pięćdziesięciu procentach. Ale wiadomo, to jest tylko odżywienie z zewnątrz. Niedawno wpadłam na pomysł, że być może problem "pajęczynki" na paznokciach leży wewnątrz mojego organizmu. Bardzo prawdopodobne stało się dla mnie to, że cierpieć mogę na niedobór jakichś witamin lub substancji odżywczych, bo posiłki które zjadam nie są regularne oraz nie należą do najbardziej zdrowych i przemyślanych.

Powstał jeden problem - ja się wszelkich tabletek boję. Wierzcie czy nie - to prawda. Od małego wszelkie tabletki są ble i fuj i co złego to one. Syropki są okay, maści również. Ale tabletki nie i koniec! I nie pytajcie mnie skąd wzięło się u mnie takie przekonanie, bo odpowiedzieć wam nie umiem. Jednak zagryzłam zęby i pomyślałam, że te tabletki nie będą jakieś nie wiadomo jakie wielkie i straszne. I że zwykły suplement diety czy witaminy nie zrobią mi większej krzywdy.
I tak z dziwnym uczuciem "chcę ale nie chcę" miesiąc temu udałam się do pobliskiej apteki. Wyjaśniłam pani magister mój problem z powstającą "pajęczynką" i dokładnie powiedziałam czego oczekuję od produktu. Nie szukam czegoś, co spowoduje ich szybszy wzrost ani to, że z wierzchu będą piękne i ładne - od tego mam moją ukochaną odżywkę. Chciałam czegoś, co wzmocni paznokieć od środka. Z polecenia pani magister dostałam tabletki biotebal - które, jak mówi producent, stosuje się w niedoborze biotyny. Okay, ale co to ta cała biotyna? Na to pytanie producent również ma dla nas odpowiedź:
Biotyna wspomaga procesy powstawania keratyny i różnicowania się komórek naskórka oraz włosów i paznokci, poprawiając ich stan

Tabletki stosowałam miesiąc, kontynuowałam także używanie odżywki z Vipery. Nie widziałam przeszkód aby tego nie robić, bo jak mówię - chodziło mi o odżywienie paznokci z wewnątrz, tak aby nie powstawały już te "pajęczynki". Bałam się, że będę zapominała o ich zażywaniu, ale wypracowałam sobie na to mały patent. Co wieczór kładłam jedną tabletkę na biurku przy łóżku i rano pierwsze co robiłam to było zażycie jej. Tabletki biotebal są naprawdę mikroskopijne, dzięki czemu nie wymagają popicia - dla mnie to ogromny plus. W taki sposób przez cały miesiąc nie ominęłam ani jednej tabletki. 

Dzisiaj skończyła się moja miesięczna kuracja, muszę przyznać, że obietnice producenta w 100% sa prawdziwe. Moje paznokcie sa wzmocnione i już nie powstaje na nich "pajęczynka", dodatkowo zauważyłam, że strasznie szybko rosną,. Wychodzi więc na to, że te tabletki doskonale rozwiązały mój problem. Ale biotyna działa również na włosy I tutaj efekty mnie powaliły! Włosy są mocne, grube i już nie wypadają. A w dodatku mam dziesiątki nowych babyhair, dzięki czemu czupryna podniosła się u nasady. Kupując te tabletki nawet nie myślałam o tym, że biotyna da takie efekty na włosach, chodziło mi głównie o paznokcie. A tutaj proszę, takie zaskoczenie!

Z efektów biotebalu jestem bardzo zadowolona, mimo, że na początku byłam do tego produktu sceptycznie nastawiona. Jako przeciwniczka wszelakich suplementów  stwierdzam, że dla tych tabletek mogę co jakis czas robić wyjątek. Na razie zakupiłam drugie opakowanie i kuracje kontynuowac będę przez cały marzec, a później zrobię sobie przerwę i z pewnością wrócę do niego w wakacje. Muszę sobie tylko jakoś wypracować częstotliwość i długość takich kuracji - na razie po tym miesiącu zobaczę ile trzymają się efekty.

Gorąco zachęcam was do wypróbowania tych tabletek, tym bardziej, że cena nie jest wygórowana - 20zł za miesiąc kuracji. A może macie już swoich suplementowych ulubieńców - koniecznie podzielcie się ze mną ich nazwami! :)

Pozdrawiam,
Rose ♥

42

czwartek, 2 marca 2017

Relacja z weekendu w Katowicach | Intel Extreme Masters 2017 | Co zaskoczyło mnie na Górnym Śląsku


Ojejku! Ależ mi ten tydzień minął, ten post miał ukazać się zaraz po przyjeździe, a tymczasem mamy już czwartek. No ale ale! Ostatni weekend razem z P. spędziliśmy w Katowicach. Głównym powodem naszego wypadu do tego miasta było nie co innego jak IEM, który odbywa się w Spodku. Przyznam się bez bicia, że nigdy w życiu nie byłam na tak ogromnej hali, która mieści aż tyle osób (tak, na krakowskiej Tauron Arenie również, mimo, że znajduje się 5 minut tramwajem od mojego domu).

To tylko połówka widowni - zdjęcie zrobione przed meczami, więc ludzi jest dwa razy mniej :P

Intel Extreme Masters to nic innego jak jedna wielka impreza dla nerdów :P A oficjalnie są to finały rozgrywek w bardzo popularną grę sieciową League of Legends. Aż wstyd się przyznać, ale ja osobiście "zmarnowałam" na nią kilka dobrych lat ze swojego życia :) Teraz już prawie wcale nie gram, no bo kiedy? Jak czasu coraz mniej...

Tutaj na samym dole siedzieliśmy pierwszego dnia. Miejsce było świetne, ponieważ nie siedzieliśmy wśród ścisku, ale niestety źle oglądało się mecze :/

Zobaczenie IEMu na żywo było moim malutkim marzeniem odkąd tylko zaczęłam grać. Do jego spełnienia nie przyczynił się nikt inny jak P., który wszystko sam zorganizował i zadbał o to, żeby te dwa dni w Katowicach wykorzystać w 100%. Znalazła się nawet chwilka na małe zakupy kosmetyczne.

Jest też pare rzeczy, które w Katowicach przeokropnie mnie zaskoczyły! 


Pierwszą rzeczą niewątpliwie była komunikacja miejska, którą na jednym bilecie można pokonać wiele, wiele miast. Dla Krakusa było to przedziwne i usilnie próbowałam dostać bilety aglomeracyjne. A właśnie... bilety - ich cena wręcz przeraża - 5 złotych za jeden przejazd!? Toż to rozbój w biały dzień. Dodatkowo śląskie tramwaje są jedno-wagonowe, króciutkie, a podwójne siedzenia są takiej szerokości jak pojedyncze w Krakowie. A no i bilety można kupić jedynie u motorniczego za odliczony bilon - to dosłownie mnie zmiażdżyło, a prowadzącego nasz pierwszy tramwaj nie wspominam za dobrze, bo mówił tak cicho, że za nic w świecie nie mogłam usłyszeć kwoty, jaką mam zapłacić.

Wracając do tematu miast, to mimo, że przejeżdżamy z jednego do drugiego, krajobraz wcale się nie zmienia. Ma się wrażenie jednej wielkiej spójności oraz ciągłości, zupełnie jakbyśmy jechali przez wielkie miasto bez końca. Jakiego stracha miałam, kiedy wracaliśmy po ciemku, że przejedziemy Bytom i skazani będziemy na szukanie drogi powrotnej do hotelu!

Bardzo pozytywnym zaskoczeniem były ekspedientki w drogeriach! W naszych Krakowskich panie te z reguły są bardzo niemiłe oraz traktują każdego z góry. W Katowicach natomiast spotkałam się z przemiłymi kobietkami, które były bardzo skłonne do pomocy. Doradzały, wybierały... nawet dorzuciły kilka próbek, co w Krakowie jest niemożliwością. Taka sytuacja miała nie tylko miejsce w Sephorze, czy Douglasie, ale i w malutkich sieciówkach typu Golden Rose. Wielki plus! A no i ochroniarze też byli "normalni" - pilnowali sklepu, ale nie chodzili za klientami krok w krok.

Godziny otwarcia sklepów w centrum (!) okazały się dla mnie czymś tak szokującym, że nie mogłam tego przeżyć aż do powrotu. Butiki i sklepiki przy ulicy w centrum Katowic w weekend (a więc dni, w które Krakowskie sklepy przeżywają małe święto, bo ludzie zwyczajnie wtedy mają czas na robienie zakupów) pozamykane są czasem nawet od godziny 15. W niedziele większość okazała się nieczynna, dobrze, że chociaż galeria miała normalne godziny pracy.

Same Katowice są bardzo ciekawe, bo pełne są kontrastu. Przepiękne centrum z wielką galerią handlową, butikami przy ulicy, małym "ryneczkiem" (nie jestem pewna czy to był rynek, czy może po prostu jakiś placyk), otoczone kamieniczkami i wysoką zabudową stoi zaraz obok szarych, przebrzydłych domków i bloków rodem z nowohuckiego osiedla Willowego. Jest w tym coś intrygującego i muszę przyznać, że nawet mi się spodobało.

Miejsce położenia naszego hotelu również wyglądało bardzo podobnie, bo piękny, nowoczesny budynek znajdował się pomiędzy starymi, troszkę rozlatującymi się domkami. Ale tak, jak mówię - jest w tym coś pięknego i intrygującego. Taki mały eklektyzm :)


Nie uwierzycie, co spotkało nas, kiedy mieliśmy wracać do domu! Po wyjściu z galerii Supersam okazało się, że cały dworzec autobusowy jest nieczynny, ponieważ ponoć była tam bomba. Nie powiem, ja najadłam się stresu, bo było już późno, a w poniedziałek musiałam wstać o 5:30. P. zachował jednak zimną krew i w obliczu perspektywy niewyspanej na drugi dzień mnie... spytał policjanta jak mamy wrócić do domu. Na całe szczęście z jego pomocą udało nam się znaleźć przystanek, z którego odjeżdżały busy na Kraków. Uff...

Całe wydarzenie, jak i samo miasto zrobiło na mnie mega wrażenie! I mam szczerą nadzieję, że w przyszłym roku również się wybierzemy na taki weekend!



49

czwartek, 23 lutego 2017

O tym jak przez przypadek udało mi się kupić idealną bazę pod cienie | La Luxe Paris Eyeshadow Base 24H


Kiedy ostatnio byłam w Lidlu po ich przepyszne drożdżówki z maliną i budyniem oczywiście musiałam zajrzeć też na tę część sklepu z pierdółkami. Pośród ton ubrań, książek, gadżetów do domu i innych takich zauważyłam mini stojak z kosmetykami La Luxe. Przyznam, że nie znałam tej marki, ale wygląd produktów jest wręcz identyczny jak Eveline. Wszystkie róże, bronzery, maskary - to wszystko widziałam już w rossmannie. Ale był jeden produkt, który szczególnie mnie zaciekawił, baza pod cienie w białym opakowaniu. Nigdy nie spotkałam jej w szafach Eveline, ale jej cena nie była wysoka, więc skuszona czystą ciekawością wrzuciłam ją do koszyka.

Opakowanie tej bazy to dość typowa tubka z patyczkiem a'la błyszczyk - lubię taką formę opakowania, ponieważ banalnie aplikuje się z niego produkt. Baza nakłada się na powieki tak, jak na bazę przystało. Jest gładziutka i bardzo łatwo się ją rozsmarowuje. Nie roluje się ani nie tworzy nieestetycznych plam. Zachowuje się tak, jak dobra baza zachowywać się powinna. Po chwili od aplikacji produkt delikatnie zastyga nie robiąc suchej "skorupy".


Baza od La Luxe ma bardzo jaśniutki kolor z widocznymi żółtymi tonami, który idealnie neutralizuje wszelkie zasinienia i widoczne żyłki na oku. Produkt ten świetnie wyrównuje koloryt powieki i przygotowuje ją do dalszego makijażu. Na zdjęciu zauważyć możecie, jak baza ta zneutralizowała moje okropnie niebieskawe żyły na nadgarstku.


Aplikacja cieni na tę bazę jest wręcz niesamowita - każdy jeden, którego użyłam doskonale się jej przyczepiał i świetnie się blendował. Nie powstawały na niej żadne plamy ani "dziury" w kolorze na oku. Baza podbija również kolory cieni, dzięki czemu doskonale sprawdza się w przypadku tańszych paletek, których pigmentacja może nie być rewelacyjna.


Makijaż oczu wykonany na bazie od La Luxe trzyma się dosłownie cały dzień. Na moich tłustych powiekach wytrzymywał również krótkie drzemki, które zdarzają mi się w ciągu dnia. Cienie od 5:30 aż do 20 wyglądały tak samo świetnie, nawet kolor minimalnie nie blednął.

Tym moim małym odkryciem jestem wręcz zachwycona i wszystkie te, które Lidla mają gdzieś niedaleko gorąco zachęcam do zajrzenia na mini stojaki z kosmetykami La Luxe. Ta perełka tam będzie na was czekać :) Niestety nie mogę powiedzieć wam, czy ten produkt jest tą samą bazą jak ta z Eveline i czy sprawdzi się identycznie. Wiem na pewno, że gdy wykończę tę kupię również tę z rossmanna aby właśnie to sprawdzić ;)

Pozdrawiam i do następnego!
Rose♥ 
66

sobota, 18 lutego 2017

Krem matujący Under20


Moja cera miewa przeróżne kaprysy spowodowane stałym przyjmowaniem hormonów. Raz jest sucha jak wiór, czasem zupełnie normalna, wręcz idealna, a niekiedy bywa kapryśna, tłusta, pojawiają się na niej niedoskonałości, a makijaż mimo najlepszych pudrów i podkładów ani trochę się nie trzyma. Na szczęście już ją rozpracowałam i wiem kiedy w miesiącu przypada jaki kaprys. Oczywiście też nie zawsze tak jest, czasem mam cały miesiąc spokoju, lub cały miesiąc udręki... czasem stan mojej skóry zmienia się z każdym dniem. No tak to bywa... 

Jednak aby przedłużyć trwałość makijażu w te gorsze dni postanowiłam kupić "coś" pod podkład. Najpierw miała być to baza, ale stwierdziłam, że używanie jej codziennie na pewno nie spodoba  się mojej skórze. Stanęło więc na krem, ale za to nie byle jaki - matujący! Używam go już jakiś czas, oczywiście nie codziennie bo tak jak mówię - wszystko zależy od stanu mojej cery. Producent zapewnia nas, że jego produkt ma matowić, łagodzić podrażnienia, wygładzać skórę, łagodzić zmiany trądzikowe, nawilżać i sprawiać, że buzia będzie mięciutka. No nie powiem, poprzeczka została zawieszona wysoko.



Po wyciśnięciu kremu z tubki momentalnie roznosi się przepiękny zapach truskawki - zupełnie taki, jaki miały gumy Mamby. Krem z resztą  jest koloru różowego, co wraz z zapachem od razu budzi skojarzenia ze słodyczami. Muszę przyznać, że jeszcze żaden mój produkt tak nie pachniał! Zapach jest bardzo wyczuwalny, ale w momencie aplikacji na buzię zupełnie znika - nie utrzymuje się na niej w ogóle. Dla mnie to jest plusem, bo co innego wąchać truskawy przez tę minutę aplikacji, a co innego czuć je cały dzień - z pewnością zapach stałby się przytłaczający. 


Produkt ma bardzo ciekawą konsystencję, bo po wyciśnięciu jest niczym gęsta pianka i po chwili zwiększa swoją objętość. Dzięki temu jest bardzo wydajny, bo na całą buzię wystarczy dosłownie kropka wielkości opuszki palca. Po nałożeniu kremu na twarz momentalnie czuć wygładzenie (poradził sobie nawet z wielkimi porami na nosie!) i zmatowienie skóry. Widać też zredukowanie zaczerwień, a wszelkie wypryski są jakby mniej widoczne. Buzia robi się mięciutka, tak, że chciałoby się po niej smyrać i smyrać... Dodatkowo krem bardzo szybko się wchłania, dzięki czemu zaraz po jego aplikacji możemy zacząć robienie makijażu. Wystarczy dosłownie minutka!



Krem współgrał ze wszystkimi podkładami jakie miałam okazję przetestować. Żaden z nich na produkcie Under20 się nie ważył ani rolował. Nie miałam też problemów z rozprowadzaniem podkładu czy pudru. Efekty, które zauważyć można przy aplikacji utrzymują się cały dzień. Krem doskonale trzyma mat, dzięki czemu mój makijaż nareszcie przestał "znikać" w ciągu dnia. Po demakijażu skóra wciąż pozostaje gładka, mięciutka, a zaczerwienienia dalej są mniej widoczne.

Niestety nie jestem w stanie powiedzieć wam, czy ten krem redukuje zmiany trądzikowe, bo nie stosuję go dzień w dzień. Zauważyłam jednak, że kiedy miałam kilku "nieprzyjaciół" na twarzy, a akurat nakładałam krem Under20, to wieczorem zmiany były wyciszone i mniejsze - to na 100% zasługa kwasu migdałowego. Być może stosowanie go codziennie zredukowałoby je całkowicie.


Ten krem mogę śmiało polecić wszystkim tym, które tak jak ja zmagają się z problematyczną tłustą cerą. Nie jest agresywny i na pewno nie przesusza skóry - wręcz przeciwnie, pozostawia ją mięciutką. Jeżeli nie chcecie używać go pod podkład, albo po prostu nie stosujecie kremu pod makijaż, to z pewnością sprawdzi się on solo. Każdy czasem robi sobie dzień wolny od mazideł i wtedy przydaje się porządny krem :)

Pozdrawiam,
Rose♥



56

wtorek, 14 lutego 2017

Święto zakochanych


Cześć ♥


Dzisiaj mamy 14 lutego, a co za tym idzie święto zakochanych - walentynki. Wiem, że niektórzy nie obchodzą tego dnia, ale są i tacy dla których jest on jednym z najważniejszych w całym roku. Ja jestem gdzieś pomiędzy. Miłość powinno przecież okazywać się cały rok, a nie tylko w to święto - takie zdanie często słyszę z ust przeciwników walentynek. Całkowicie się z tym zgadzam, bo przecież z ukochaną osobą jesteśmy cały czas. Codziennie mamy szansę okazać jej uczucia, poprzez przytulasa, pocałunek, dodanie otuchy czy zwykłą rozmowę. Zawsze też staramy się aby druga osoba czuła się ważna i kochana. Związek opiera się na fundamentach takich jak szczerość, zaufanie, miłość, wzajemne wsparcie - o nich powinno pamiętać się cały rok. 

Walentynki jednak to taki dzień w którym szczególnie powinniśmy zadbać o drugą osobę. Nie chodzi mi jednak o obsesyjne całowanie się od rana na każdym kroku i rzucanie słodkich słówek "bo tak wypada w to święto". O nie nie! Chodzi mi o to, żeby znaleźć chwilę tylko dla siebie samych. Nawet jeżeli miałoby być to z samego wieczoru. Może to być wspólne oglądanie filmu w domu pod ciepłym kocykiem popijając ulubione wino. Miło jest także przygotować drugiej osobie jej ulubione ciasto czy danie. Dobrym pomysłem jest także, jeżeli dzielicie wspólną pasję, realizowanie jej. Możliwości jest wiele! Walentynki to doskonała okazja dla zabieganych par, aby w końcu znaleźć czas dla siebie nawzajem. 

Ja osobiście nie popieram kupowania sobie dużych prezentów - od tego są inne okazje. Walentynki to czas dla was! Z P. zdecydowaliśmy, że w tym roku nie kupimy sobie nawzajem nawet najmniejszej drobnostki. Bo i po co? Miłości nie wyraża się w kosztownych prezentach. Pod koniec Lutego jedziemy za to do Katowic i ustaliliśmy, że to może być w jakimś stopniu walentynkowy wyjazd. Ale P. bardzo miło mnie dziś zaskoczył, bo pomiędzy lekcjami na przerwie czekał na mnie z bukietem ośmiu przepięknych, czerwonych róż! Ależ miło jest dostawać kwiaty - to jest moim zdaniem podarunek idealny na taką okazję. Nawet jeżeli byłaby to jedna róża to cieszyłabym się tak samo. Dodatkowo bardzo mi miło było, gdy okazało się, że liczba 8 nie była przypadkowa - P. wybrał ją, bo tyle właśnie miesięcy jesteśmy razem.

Wszystkim zakochańcom życzę wiele miłości, wzajemnego zrozumienia, wytrwałości oraz cierpliwości! I żebyście pamiętali o miłości przez cały rok, a nie tylko w tym jednym dniu!

Pozdrawiam, 
Rose ♥
33

piątek, 10 lutego 2017

Styczniowe makijażowanie - przegląd kosmetyków.


Styczeń już za nami - uff. Jaki dla was był pierwszy miesiąc tego roku? Mi zleciał świetnie! Nowy semestr w szkole zaczęłam z samymi piątkami, a aktualnie mam ferie, których pierwszy tydzień spędziłam u P. Wszystko by było jeszcze lepiej, gdybyśmy oboje nie chorowali no ale - taki urok zimy i krakowskiego smogu. Marzę już o pięknej, wiosennej pogodzie, porzuceniu ciężkich płaszczy i kozaków. Mam ochotę na spódniczkę, lekką kurtkę i zwiewny szalik! Ale to jeszcze chwilkę... Niemniej jednak styczeń zleciał mi bardzo przyjemnie oraz szybko! W mojej kosmetyczce pojawiło się kilka nowości, wróciłam też do kosmetyków, które były może troszkę przeze mnie zapomniane. Lubię te moje zbiory, bo nigdy nie wiadomo co wykopie się na dnie szafki :D Więc moje drogie, tak oto prezentował się mój styczniowy makijaż.

TWARZ

Pod makijaż w tym miesiącu bardzo często lądował krem Nuno z Ziaja. Oprócz tego, że prześlicznie, świeżo pachnie, to daje uczucie aksamitnej skóry, która jest idealnie przygotowana do nakładania dalszych produktów. Jednak nie redukuje on wyprysków ani żadnych takich, za to wszystkie zaczerwienienia znikają jak ręką odjął! Podkład od Under20 na pewno kojarzycie już z mojego ostatniego posta. Bardzo go polubiłam, ale jednak nie jest to długotrwały związek. Może kiedyś do niego wrócę. Rimmel Stay Matte to u mnie zupełna nowość, ma Talk bardzo wysoko w składzie, przez co obawiałam się, że będzie przyczyniał się do powstawania nieprzyjaciół. Stosowany na podkład nie robi jednak krzywdy mojej cerze (inaczej mogłoby być, gdybym nakładała go solo). Jego duży plus to oczywiście genialne matowienie buźki oraz jaśniutki i żółty kolor. Nauczyłam się nakładać puder innym narzędziem niż pędzel - gąbeczką z Donegala, którą kojarzyć możecie z ostatniego przeglądu kosmetyków. Efekt jest o niebo lepszy niż przy użyciu puszka! Jestem pozytywnie zaskoczona, bo nie spodziewałam się, że rzeczywiście będzie jakaś różnica.






BRWI

Ostatnio zrezygnowałam z ukochanej pomady Inglot (bo nie chce mi się jechać po nowy egzemplarz do sklepu), brwi podkreślam matowym cieniem Bell. Włoski dodatkowo zabezpieczam żelem koloryzującym Loreal. Podobny produkt, tyle, że z Wibo, już całkowicie opuścił moją kolekcję - porównując go tego z Loreal zauważyłam, że wcale nie jest taki fajny jak mi się wydawało. Robi pełno grudek, nakłada się nierównomiernie a do tego ma okropną szczoteczkę. Papa Wibo!

OCZY

Z czeluści moich zbiorów wykopałam paletkę Max Factor, którą kiedyś dostałam od P. Jest naprawdę fajna, kolory jakie w niej znajdziemy to typowe dzienniaczki. Dokładam do niej coś bardziej błyszczącego np. ten cień z Catrice w cudownym odcieniu golden rose i gotowe! Zainwestowałam też w zalotkę i przez cały miesiąc próbowałam ją ogarnąć. Jednak to chyba nie dla mnie, bo oprócz tego, że jej stosowanie strasznie osłabia moje rzęsy to dodatkowo nie widzę żadnego efektu. :c

KONTUR TWARZY

W styczniu całkowicie wyeliminowałam bronzer z mojego codziennego makijażu, wszystko za sprawą cudownej paletki róży z Live Love London. Kolory w paletce są przepiękne, ale uwaga - bardzo łatwo zrobić nimi plamę, bo pigmentacja jest niesamowita. Przed nałożeniem ich na twarz koniecznie strzepcie nadmiar z pędzla. Nikogo chyba też nie zdziwi, że przez ostatni miesiąc moja twarz błyszczała na szampańsko dzięki rozświelaczowi w cudownym kształcie serduszka od Makeup Revolution.

USTA

Te niewątpliwie dzień w dzień malowałam matową pomadką w płynie od Golden Rose. Jej kolor dosłownie skradł moje serducho! Szkoda tylko, że tak mocno wysusza - na szczęście wystarczy odrobina cierpliwości przy peelingowaniu ust i voila!


Czy wy też co jakiś czas robicie roszadę w swoich kosmetykach, czy może macie swoich stałych sprawdzonych ulubieńców bez których codzienny makijaż nie istnieje?

Pozdrawiam cieplutko,
Rose♥






68

wtorek, 7 lutego 2017

Moje pierwsze kosmetykowe internetowe zakupy - Iperfumy.pl


Nigdy w życiu nie kupiłam żadnego kosmetyku przez internet, uwierzycie w to? Byłam święcie przekonana, że kosmetyki, które kupię będą po po dacie ważności, uszkodzą się w transporcie, czy przyjdą zupełnie inne niż zamawiałam. Wolałam iść do drogerii, wziąć produkt we własne łapki, dopasować odpowiednio kolor oraz skontrolować czy nikt inny go nie otwierał wcześniej przede mną.

Ale będąc ostatnio w kilku rossmannach w szafach Max Factor nie mogłam znaleźć mojej ukochanej 2000 Calorie w odcieniu Black Brown! Niestety egzemplarz, który mam zaczął już gęstnieć i robić brzydkie grudki (jak każda maskara po około 3 miesiącach). Zakasałam więc rękawy i wpisałam w wyszukiwarkę "drogeria internetowa". Wyskoczyła mi masa wyników wyszukiwania, postanowiłam jednak sprawdzić tylko te kilka pierwszych, najpopularniejszych linków. Obawiałam się tych mniej znanych sklepików. Jednak żadna drogeria internetowa nie oferowała mojego tuszu w pożądanym przeze mnie kolorze. No dobra, zostało więc jeszcze mi Allegro - znalazłam tam 2 aukcje, na których kupić można było interesujący mnie produkt. Niestety jednak na każdej z nich oferowano starą wersję tego tuszu - wyobraźcie więc sobie ile musiał sobie przeleżeć na magazynie.


Na całe szczęście przypomniałam sobie o stronie Iperfumy.pl - oferują oni nie tylko, jak sama nazwa wskazuje, perfumy i wody toaletowe, ale również masę kosmetyków, zarówno kolorówkę jak i pielęgnację. Z resztkami nadziei wpisałam więc w ich wyszukiwarkę nazwę mojego tuszu i znalazłam! I to dodatkowo w genialnej cenie. Wzbudziła ona u mnie co prawda lekkie podejrzenia, no bo czemu produkt, który w rossmannie jest za 34 złote u nich kosztuje tylko 22? To niby tylko 12 złotych różnicy, ale zawsze jednak jakoś tak dziwniej się na to patrzy. Tym bardziej, że oferują oni wiele więcej kosmetyków w bardzo przystępnych cenach. Pomyślałam jednak, że taka spora firma, o której dużo słychać i w reklamach telewizyjnych, w internecie, czy na blogach nie może pozwalać sobie na podróbki czy sprzedawanie nieświeżych artykułów. Skompletowałam więc moje zamówienie i kliknęłam "kup teraz".


W momencie finalizowania transakcji spotkało mnie niemałe zaskoczenie, bo jedyny sposób wysyłki to kurier, no cóż... mieszkam w Krakowie, mamy tutaj ich siedzibę, czy nie można dokonać odbioru osobistego? Zjechałam trochę niżej i okazało się, że jest to jak najbardziej możliwe, jednak również za opłatą - taka możliwość kosztuje 4zł. Pierwszy raz spotkałam się z płaceniem za odbiór osobisty, ale rozumiem to zupełnie. Przecież transport mojego zamówienia z magazynów, które rozsiane mogą być po całej Polsce również kosztuje. Co do zapłaty to możliwości jest wiele, ja wybrałam płatność kartą na miejscu.


Co kupiłam możecie zobaczyć na zdjęciach, nie jest tego zbyt wiele, bo do zakupów podchodziłam bardzo ostrożnie. Po odebraniu zamówienia każdy kosmetyk obejrzałam najdokładniej jak tylko się dało i nic nie wskazywało na to, aby produkty były przeterminowane, otwierane wcześniej czy używane. Przyszły idealne! I to jeszcze w cenach o połowę niższych niż w rossmannie. Wniosek jest jeden - kupować online należy częściej! Przekonajcie teraz o tym mój portfel :)

Pozdrawiam,
Rose♥

67

sobota, 4 lutego 2017

Jak pozbyć się lakieru bez zmywacza - bazy peel off - vipera oraz miss sporty


Bardzo lubię nosić na paznokciach ciemne, mocno nasycone kolory: czerwienie, burgundy, brązy, fiolety. Każdy chyba wie jak to jest ze zmywaniem takich lakierów - rozmazują się one po całym palcu, włażą pod paznokcie, odbarwiają skórki. Z lakierami brokatowymi jest jeszcze gorzej, bo one w ogóle nie chcą się zmywać. Zanim pozbędę się pięknie mieniących się drobinek mija wieczność! A wiadomo, że im dłużej działamy zmywaczem na płytkę paznokcia, tym mniej jest to dla niej zdrowe. Rozwiązanie na moje problemy znalazłam kiedyś będąc na zakupach - były to dwie bazy peel off, jedna od Miss Sporty, druga od Vipery.

Produkty jednocześnie testowałam na obu rękach przez parę tygodni. Przez ten czas zdążyłam zauważyć kilka rzeczy, które różni obie bazy. Moim zdaniem o wiele lepiej wypada Vipera chociażby dlatego, że nie odchodzi po kontakcie z wodą. Dodatkowo też nie przesusza płytki paznokcia tak, jak Miss Sporty. Ściąganie lakieru w obu przypadkach przebiega tak samo bezproblemowo, żadna  z tych baz nie uszkadza paznokcia. Należy pamiętać jednak, aby do podważania lakieru używać tylko delikatnych narzędzi np. drewnianego patyczka.


Obie bazy doskonale robią swoją robotę - ściąganie lakieru przy ich pomocy to czysta przyjemność. Miss Sport wypada nieco gorzej, ale tylko dlatego, że po kontakcie z wodą zwyczajnie jakby się rozpuszcza (?). To nie znaczy oczywiście, że kolorowy lakier tak o odpada nam z paznokci - po prostu łatwiej wtedy o podhaczenie go czymś, bo baza nie działa już tak mocno. Drugą sprawą jest wysuszanie płytki paznokcia, tego produktu nie da się stosować cały czas bez przerw - trzeba co jakiś czas mocno nawilżyć płytkę. Minusem Vipery jest chyba tylko jej dostępność, bo u nas w Krakowie jedyne stoisko tej firmy znajduje się na samych obrzeżach miasta - w galerii Factory.

Pozdrawiam, 
Rose♥

65

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Jak używać kolorowych korektorów - paletka korektorów Live Love London.


Dzisiejszego posta napisałam w trochę inny sposób niż zwykle - jest to forma poradnika. Zdecydowałam się na utworzenie takiego wpisu ponieważ zauważyłam, że kilka osób znalazło mojego bloga wpisując w wyszukiwarkę frazę "live love corrector palette jak uzywac". Myślę, że seria takich makijażowych poradników zostanie u mnie na dłużej, bo w sumie bardzo miło jest podzielić się swoją wiedzą z kimś innym. Pamiętajcie kochane, że ja jakimś ekspertem nie jestem, a jeżeli robię coś nie tak, lub z czymś się nie zgadzacie to śmiało piszcie w komentarzach - zawsze warto coś poprawić lub nauczyć się czegoś nowego od innych! 

A dla tych, którzy jeszcze nie widzieli posta o paletce: link


Okay, więc posiadamy już taką, lub podobną paletkę kolorowych korektorów. Mamy przed sobą masę barw, pędzelek i w sumie nie wiemy co mamy zrobić. Który odcień powinien wylądować na wypryskach, co na przebarwienia, a pod oczy? Dla niektórych to czarna magia :P

Pierwsze co musimy zrobić to zapoznać się z tym oto kołem barw, tym razem znalazłam jeszcze dokładniejsze. Korzystanie z niego jest banalnie proste - odnajdujemy kolor w jakim jest nasza niedoskonałość, a po przeciwnej stronie znajdować się będzie jego neutralizator. I tak dla np. czerwieni jest to zieleń, a dla fioletu żółć. Następnie należy przypatrzeć się dokładnie swojej twarzy i odnaleźć wszystko, co chcielibyśmy zakryć. Dokładnie zastanawiamy się nad kolorami poszczególnych niedoskonałości. To, co podam wam poniżej powinno być uniwersalne jednak dla każdej osoby, ale warto również zrobić "research" własnej twarzy. :P

Źródło: http://freshome.com/2013/12/09/choose-right-color-palette-home/

Moja tabelka spasowań kolorów korektorów prezentuje się następująco:


1. Jaśniutki róż: przy bladej karnacji, spod której wystaje masa żyłek idealnie nada się do ich maskowania. Będzie dobry również pod oczy, ale tylko jeżeli zasinienia są w kolorze szarości. Przy fioletowych i ciemnych tylko je niepotrzebnie uwydatni.

2. Fiolet: neutralizuje wszelkie przeżółcenia cery, doskonale zadziała na piegi i plamki po słońcu. 

3. Zieleń: tutaj chyba sprawa jest bardzo jasna - przede wszystkim zamaskujemy nim wszelkie wypryski, pryszczole wielkie i małe, zaczerwienienia w okół nosa czy ust. Doskonale zneutralizuje naczynka, na nie jednak radzę nakładać cieniutką warstwę.

4. Żółty: doskonale sprawdzi się pod oczami w przypadku zasinień w kolorze fioletowym, czy wręcz niebieskawym. Tutaj również cienka warstwa tylko dla zneutralizowania koloru - nie chcemy przecież żeby się brzydko zważył pod oczami.

5. Brzoskwinkowy beż: jeżeli komuś dopasowuje się do koloru cery to moim zdaniem można używać go do maskowania "niespodzianek".

6. Korektor o wykończeniu brokatowym: ja osobiście stosuję go w miejscach, gdzie powinien znajdować się rozświetlacz - stanowi on bazę dla normalnych rozświetlaczy w kamieniu. 

7. Ciemny beż: krążą plotki, że komuś udało się nim wykonturować twarz, dla mnie jednak we wszystkich paletkach jakie miałam ten akurat kolor korektora był zbyt ciepły.

8. Niebieski: Ja używałam go dawniej na szaro-pomarańczowe przebarwienia po trądziku, spisywał się świetnie.



Kolorowe korektory nakładam przed aplikacją podkładu, na krem lub bazę - zależy od okazji. Dokładnie rozprowadzam je pędzelkiem i wklepuję palcem lub miniaturową gąbeczką Beauty Blender. Później normalnie nakładam podkład, korektor pod oczy i przypudrowuję całą twarz.

Gwarantuję wam, że po zastosowaniu kolorowych korektorów od razu zauważycie różnicę na twarzy. Mam nadzieję, że mój poradnik okazał się dla was przydatny. Pamiętajcie, że jeżeli się z czymś nie zgadzacie, lub macie inne sposoby na któreś kolory to śmiało piszcie w komentarzach! 

Pozdrawiam,
Rose♥
96
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.