poniedziałek, 30 stycznia 2017

Jak używać kolorowych korektorów - paletka korektorów Live Love London.


Dzisiejszego posta napisałam w trochę inny sposób niż zwykle - jest to forma poradnika. Zdecydowałam się na utworzenie takiego wpisu ponieważ zauważyłam, że kilka osób znalazło mojego bloga wpisując w wyszukiwarkę frazę "live love corrector palette jak uzywac". Myślę, że seria takich makijażowych poradników zostanie u mnie na dłużej, bo w sumie bardzo miło jest podzielić się swoją wiedzą z kimś innym. Pamiętajcie kochane, że ja jakimś ekspertem nie jestem, a jeżeli robię coś nie tak, lub z czymś się nie zgadzacie to śmiało piszcie w komentarzach - zawsze warto coś poprawić lub nauczyć się czegoś nowego od innych! 

A dla tych, którzy jeszcze nie widzieli posta o paletce: link


Okay, więc posiadamy już taką, lub podobną paletkę kolorowych korektorów. Mamy przed sobą masę barw, pędzelek i w sumie nie wiemy co mamy zrobić. Który odcień powinien wylądować na wypryskach, co na przebarwienia, a pod oczy? Dla niektórych to czarna magia :P

Pierwsze co musimy zrobić to zapoznać się z tym oto kołem barw, tym razem znalazłam jeszcze dokładniejsze. Korzystanie z niego jest banalnie proste - odnajdujemy kolor w jakim jest nasza niedoskonałość, a po przeciwnej stronie znajdować się będzie jego neutralizator. I tak dla np. czerwieni jest to zieleń, a dla fioletu żółć. Następnie należy przypatrzeć się dokładnie swojej twarzy i odnaleźć wszystko, co chcielibyśmy zakryć. Dokładnie zastanawiamy się nad kolorami poszczególnych niedoskonałości. To, co podam wam poniżej powinno być uniwersalne jednak dla każdej osoby, ale warto również zrobić "research" własnej twarzy. :P

Źródło: http://freshome.com/2013/12/09/choose-right-color-palette-home/

Moja tabelka spasowań kolorów korektorów prezentuje się następująco:


1. Jaśniutki róż: przy bladej karnacji, spod której wystaje masa żyłek idealnie nada się do ich maskowania. Będzie dobry również pod oczy, ale tylko jeżeli zasinienia są w kolorze szarości. Przy fioletowych i ciemnych tylko je niepotrzebnie uwydatni.

2. Fiolet: neutralizuje wszelkie przeżółcenia cery, doskonale zadziała na piegi i plamki po słońcu. 

3. Zieleń: tutaj chyba sprawa jest bardzo jasna - przede wszystkim zamaskujemy nim wszelkie wypryski, pryszczole wielkie i małe, zaczerwienienia w okół nosa czy ust. Doskonale zneutralizuje naczynka, na nie jednak radzę nakładać cieniutką warstwę.

4. Żółty: doskonale sprawdzi się pod oczami w przypadku zasinień w kolorze fioletowym, czy wręcz niebieskawym. Tutaj również cienka warstwa tylko dla zneutralizowania koloru - nie chcemy przecież żeby się brzydko zważył pod oczami.

5. Brzoskwinkowy beż: jeżeli komuś dopasowuje się do koloru cery to moim zdaniem można używać go do maskowania "niespodzianek".

6. Korektor o wykończeniu brokatowym: ja osobiście stosuję go w miejscach, gdzie powinien znajdować się rozświetlacz - stanowi on bazę dla normalnych rozświetlaczy w kamieniu. 

7. Ciemny beż: krążą plotki, że komuś udało się nim wykonturować twarz, dla mnie jednak we wszystkich paletkach jakie miałam ten akurat kolor korektora był zbyt ciepły.

8. Niebieski: Ja używałam go dawniej na szaro-pomarańczowe przebarwienia po trądziku, spisywał się świetnie.



Kolorowe korektory nakładam przed aplikacją podkładu, na krem lub bazę - zależy od okazji. Dokładnie rozprowadzam je pędzelkiem i wklepuję palcem lub miniaturową gąbeczką Beauty Blender. Później normalnie nakładam podkład, korektor pod oczy i przypudrowuję całą twarz.

Gwarantuję wam, że po zastosowaniu kolorowych korektorów od razu zauważycie różnicę na twarzy. Mam nadzieję, że mój poradnik okazał się dla was przydatny. Pamiętajcie, że jeżeli się z czymś nie zgadzacie, lub macie inne sposoby na któreś kolory to śmiało piszcie w komentarzach! 

Pozdrawiam,
Rose♥
96

czwartek, 26 stycznia 2017

Fluid matujący under 20 + Swatche.


Cześć,
Będąc ostatnio w drogerii zastanawiałam się jaki podkład mam wybrać. Mój true match powoli dobija dna, a poza tym zepsuła się pompka, więc aplikacja stała się tragiczna. Szukałam czegoś matującego, żółtego i bardzo jasnego - to trzy warunki mojego idealnego podkładu. W szafach przeróżnych marek nic specjalnie nie przyciągnęło mojego wzroku, ot wszystko albo za różowe, albo za ciemnie, albo jakieś takie nijakie. Szukałam "tego czegoś". Na całe szczęście udałam się na półkę z wszelkimi tonikami, kremami i maseczkami dla cer młodych, tam zauważyłam fluid matujący od Under 20. Tę markę, jak mogliście już wiele razy zauważyć, bardzo lubię. Miałam masę produktów od nich i wszystkie się sprawdziły, tak więc ochoczo włożyłam ten fluid do koszyka. 

Tak, jak obiecuje producent, fluid świetnie kryje oraz matuje. Nigdy wcześniej nie miałam tak ciężkiego podkładu. Nakładanie go palcami zupełnie odpada, bo zrobimy sobie maskę na twarzy. Za to po aplikacji gąbeczką produkt ten wygląda świetnie, momentalnie znika wrażenie ciężkości, wszystko jest ujednolicone, niedoskonałości zakryte, a co najważniejsze - wyglądamy naturalnie. Produkt ten świetnie trzyma mat, w połączeniu z pudrem jest nie do zdarcia. Posiadaczkom cery suchej radzę na niego jednak uważać, ponieważ bez kremu pod spodem może delikatnie przesuszać.'

Konsystencja podkładu jest bardzo zbita i gęsta, dzięki czemu jest wydajny. Trzeba uważać, aby nie wycisnąć go zbyt dużo; na całą twarz wystarczy kropeczka na opuszce palca - taka ilość zapewni nam najbardziej naturalne wykończenie. Krycie można stopniować, sama dokładam więcej tego fluidu w miejscach, gdzie tego najbardziej potrzebuję.



Kolor 01 moim zdaniem jest idealny dla bladziochów takich, jak ja. Nie dość, że jest wspaniale jasny to do tego żółciutko-beżowy. Na prawdę fajnie stapia się z cerą, przy małej ilości wcale a wcale nie robi maski. Na ręce ciemnieje o jeden ton, ale zupełnie nie zauważyłam tego na mojej twarzy. Zapewnić was mogę, że od rana do wieczora na twarzy pozostaje ten sam kolor :P




Bardzo polecam wam ten produkt, dla mnie on już jest ulubieńcem. Jeżeli nie potrzebujecie tak dużego matu na co dzień, to z pewnością na większe wyjścia będzie on idealny.

Pozdrawiam,
Rose♥






71

niedziela, 22 stycznia 2017

Wieczorna rutyna - pielęgnacja od stóp do głów.


Cześć moi drodzy ♥
Dzisiaj przychodzę do was z moim zdaniem na prawdę ciekawym postem, czyli z moją pielęgnacyjną rutyną. Każda z nas ma chyba wyuczone już swoje nawyki dotyczące pielęgnacji ciała, ale moim zdaniem fajnie się czyta jak robi to ktoś inny, bo zawsze można coś ciekawego podpatrzeć.

1. Pierwszym krokiem, który wykonuję po powrocie do domu jest demakijaż. Makijaż na twarzy zazwyczaj noszę od godziny 5:30 aż do 20, więc demakijaż wykonuję naprawdę starannie. Skóra przez noc potrzebuje odpoczynku i regeneracji. W tym celu używam mojego sprawdzonego ulubieńca z Yves Rocher - niebieskiego płynu micelarnego, który ma właściwości nawilżające. Jest naprawdę genialny, bo nie dość, że ma świetną pojemność - 400ml, to z makijażem radzi sobie raz dwa. Oczy zmywam osobnym płynem dwufazowym, jak wiecie do moich ulubieńców należy niezmiennie Nivea oraz właśnie YR. Na zdjęciu widać Ziaję, która dla mnie jest totalną klapą, ale skoro ją kupiłam to pasowałoby ją wykończyć.



2. Przed kąpielą twarz dokładnie myję żelem z Garniera, który sprawdza się u mnie świetnie! Z początku byłam do niego sceptycznie nastawiona, bo jego zapach jest bardzo alkoholowo-mentolowy i bałam się przesuszenia. Na całe szczęście tak się nie stało, produkt spełnia obietnice producenta - matuje, zmniejsza pory (z tego jestem chyba najbardziej zadowolona) i daje uczucie oczyszczonej, gładziutkiej skóry. Razem z żelem używam mojej szczoteczki do twarzy marki Remington. Nie wyobrażam sobie już teraz pielęgnacji bez niej. 


3. Potem oczywiście przychodzi czas na mycie włosów, do tego mam dwa świetne Pokrzywowy z Yves Rocher to mój osobisty ulubieniec, do którego wracam kiedy tylko zauważę problemy z przetłuszczającymi  się oraz słabymi włosami. Ten z Timotei to moje ostatnie odkrycie, był w biedronie w okazyjnej cenie, więc mama wrzuciła go do koszyka z myślą o mnie. Muszę wam powiedzieć, że już dawno nie używałam takich "zwykłych" szamponów, zawsze tylko te naturalne; z pokrzywy, czarnej rzepy czy rumiankowe. Ten zwyklaczek z Timotei mimo niezbyt fajnego składu jest rewelacyjny! Dodaje blasku, objętości, a włosy są po nim wyraźnie mocniejsze. Stosuję go od miesiąca i jestem bardzo zadowolona. :)


4. Po kąpieli dokładnie osuszam włosy ręcznikiem, nie stosuje suszarki, ponieważ bardzo puszą mi się po niej włosy. W końcówki zawsze wcieram jakiś olejek z silikonami. Bardzo lubię te z Biedrony, chociaż ten z Marion jest również dobry.


5. Na twarz, zależnie od jej kaprysu stosuję jakiś krem. Jeżeli tak, jak ostatnio mam na twarzy więcej zaczerwienień jest to mój ulubieniec z Ziaji. Pod oczy wędruje krem z blawatkiem, a pomadka z Alterry idealnie sprawdza się na rzęsy i brwi. Dawniej do tego celu używałam olejku rycynowego, ale zaczęło mi przeszkadzać, że po jego aplikacji nie mogę nic już robić, bo spływa do oczu i zwyczajnie rozmazuje obraz.


6. Na samym końcu aplikuje balsam na całe ciało oraz krem do stóp. Isana z mocznikiem to mój ulubieniec już od dawna, nie tylko doskonale nawilża ale i koi podrażnienia np. po depilacji.














Więc tak prezentuje się moja wieczorna rutyna, kroków jest wiele, ale nie zajmuje mi to więcej niż godzinę. Jest to idealnie spędzony czas, który poświęcam tylko dla siebie.

Pozdrawiam,
Rose♥
56

wtorek, 17 stycznia 2017

Makeup Revolution - Goddes of Love + swatche.


Kojarzycie przepiękne serduszka - rozświetlacze z Too Faced? Moje serce maniaka wszelkich gadżetów płakało rzewnie, kiedy tylko widziałam ich cenę w Sephorze. Ale ale! Kochane mamy przecież Rossmanna, a w nim produkty makeup revolution!

Rozświetlacz skrywa się w kartonowym, przepięknie zdobionym opakowaniu w kształcie serducha. No nie możecie powiedzieć, że nie wygląda to uroczo... Za taką cenę, to kupiłabym ten produkt tylko po to, żeby ładnie wyglądał na półce. No co ja poradzę :P


Na całe szczęście okazało się jednak, że produkt jest na prawdę dobry! Pigmentacja rozświetlacza jest nienaganna, nie znika on w ciągu dnia - wieczorem, kiedy zmywam makijaż, to on cały czas siedzi tam, gdzie nałożyłam go rano. Błysk jaki daje to serduszko to piękna, szampańska tafla z mikro-drobinkami, które ani trochę nie wyglądają tandetnie. Nie miałam jeszcze produktu z takim wykończeniem. Jest ono na prawdę wyjątkowe :)


Szkoda tylko, że nie udało mi się złapać innych serduszek, szczególnie zależało mi na tych z różami... no ale niestety - brałam co dawali :P.

Pozdrawiam was kochani,
Rose♥


57

piątek, 13 stycznia 2017

Live ★ Love - corrector pallete + swatche.


Wyprzedaże MuR w rossmannie chyba już za nami - mam taką nadzieję, bo pewnie poszłabym wkrótce z torbami. A dlaczego? A no z prostej przyczyny - kupiłam trzy produkty z tej firmy "na spróbowanie" i wszystkie okazały się być naprawdę fajne. Patrząc na stosunek ceny do ich jakości, to pewnie wyszłabym obładowana siatami z pobliskiego rossmanna. Na całe jednak szczęście sklepowe mini-szafy makeup revolution świecą już pustkami, a mój portfel odetchnąć może z ulgą.
Paletka korektorów od Live ★ Love wpadła w moje ręce z czystej ciekawości, przyciągnęła mnie ilością kolorów, które zawiera oraz baaaardzo przystępną ceną. Kosztowała mniej, niż "czwóreczka" korektorów od Lovely. Live ★ Love to siostrzana marka makeup revolution, z tego więc powodu na nią również obowiązywała przecena.


Same korektory zamknięte są w naprawdę porządnie wykonanej plastikowej kasetce, mamy tutaj osiem kolorów, a każdy z nich wykorzystać możemy do poprawiania przeróżnych niedoskonałości. Od zwykłych wyprysków, przez cienie pod oczami, zasinienia, przeżółcenia - co tylko chcemy. Jest tutaj również produkt błyszczący, bardzo brokatowy, który u mnie sprawdza się doskonale jako pewnego rodzaju baza pod rozświetlacz.



Konsystencja korektorów jest porównywalna do tych z czwórki Lovely - nie są jakoś bardzo masełkowate, ale dobrze rozprowadzają się na twarzy. Nie ważą się z podkładem - przynajmniej ja tego nie zauważyłam na trzech, które stosowałam - True Match oraz krem BB i fluid matujący z Under20. Ich pigmentacja jest naprawdę zadowalająca, kolor, który przenosimy na skórę jest nasycony i doskonale neutralizuje niedoskonałości.


Korzystając z takiej palety warto pamiętać o zasadzie przeciwstawności - kolor naszej niedoskonałości maskujemy za pomocą koloru do niego przeciwstawnego. Przydatne może okazać się tutaj koło barw, bierzemy kolor z jednej strony i szukamy po drugiej stronie jego neutralizatora. I tak np. dla czerwieni jest to zieleń. Pamiętajmy również, że kolory możemy ze sobą mieszać, lub nakładać warstwowo - wszystko po to, aby jak najbardziej zamaskować to, czego nie chcemy na naszej buzi.

Zdjęcie pochodzi z Wikipedii 

Z tych korektorów jestem bardzo zadowolona, od dawna szukałam takiej dużej paletki, ale skutecznie odstraszały mnie ceny, lub wizja zamawiania ich przez internet, bo w żadnej drogerii stacjonarnej takich nie było. Serdecznie mogę polecić wam ten produkt.

Pozdrawiam,
Rose♥

45

wtorek, 10 stycznia 2017

Makeup Revolution I ♥ makeup - Pink Fizz + swatche.


Zarzekałam się, że nigdy nie kupię ani jednej czekoladowej paletki z MUR. Dlaczego? Ponieważ chciałam trochę dołożyć i mieć oryginał od Too Faced. No ale ale! Rossmann zaskoczył nas promocją na wszystkie produkty od makeup revolution i ta paletka wyniosła mnie całe 23zł. Za takie grosze aż żal było jej nie wziąć...

Ta czekoladka bardzo wyraźnie nawiązuje do klasyków od Too Faced, nawet nie tylko samym opakowaniem ale i ułożeniem cieni w środku. Wykonana jest z różowiutkiego, błyszczącego plastiku, w jej wnętrzu oprócz oczywiście cieni znajdziemy na prawdę duże, porządne lusterko oraz pacynkę, która od razu poleciała do kosza. Czy ktoś ich w ogóle jeszcze używa?


Pink Fizz zawiera 16 cieni utrzymanych w neutralnych, wpadających w róże kolorach. Wyjątkiem jest tutaj jeden granat i trzy srebra, które na prawdę ładnie komponują się z resztą. Tak, jak w czekoladkach od Too Faced, tutaj także beż oraz rozświetlacz jest dużo większy od pozostałych kostek. Żałujcie, że nie widzieliście mojej miny kiedy wąchałam tą paletę, byłam przekonana, że będzie pachnieć kakaem, a tym czasem zamiast tego poczułam mdły, typowy dla kosmetyków, zapach.

Do dyspozycji mamy trzy maty, które mają dość fajną pigmentację, i łatwo się blendują. Cienie połyskujące natomiast bardzo różnią się od siebie. Niektóre są przepiękne, zupełnie porównywalne do tych z oryginalnej czekoladki TF. Inne znowu w ogóle nie współpracują z resztą i wyglądają jak tani brokat. Nie do końca wiem o co chodzi, ale dwa, czy trzy "błyskacze" zbijają się w okropne grudki i nie dają się wcale rozprowadzić (możecie zobaczyć to na zdjęciu).



Ogólnie cienie mają dość znośną konsystencję - nie są aż tak masełkowate jak Too Faced, ale też nie są kredowe i suche. Z pewnością bardziej się osypują od Chocolate Bar, no ale mamy przecież dość pokaźną różnicę cen między nimi. Jakość czekoladki od makeup revolution porównać mogę do Wibo Neutral Beauty. 


Pink Fizz znalazła się u mnie z czystej ciekawości i przypadku, gdyby nie promocja nigdy bym po nią nie sięgnęła. Muszę wam jednak powiedzieć, że jestem zaintrygowana produktami z tej serii... Ta paletka wcale nie okazała się zła, wręcz przeciwnie... pigmentacja, konsystencja i jakość cieni jest całkiem niezła - i to wszystko za 23 zł! W moich zbiorach brakowało dokładnie takich różowawych odcieni nude, także to był strzał w dziesiątkę.

Pozdrawiam,
Rose♥






34

piątek, 6 stycznia 2017

Poczyniłam zakupy.



Jak wam minęły pierwsze dni 2017 roku? Mam nadzieję, że wszystko układa się tak, jak sobie tego życzyliście. Ja swój nowy rok zaczęłam od... zakupów. A co! W końcu kobietą jestem to mogę :P Dodatkowo warto wspomnieć, że były to zakupy w stu procentach kosmetyczne, no a jak inaczej. :3

Pierwszy zamysł był jednak inny i kupić chciałam przede wszystkim kilka fajnych ciuchów na poświątecznych wyprzedażach. Jednak kiedy dotarliśmy z P. do sklepów okazało się, że wszystko jest już przebrane. Ubrania, które pozostały były w większości albo wybrakowane w jakiś sposób, albo w takim rozmiarze, że zmieściłabym się w nich z cztery razy. Żeby nie popadać w zakupową depresję udałam się jednak do kosmetycznej części galerii handlowej. W większości kupiłam rzeczy, które albo mi się już pokończyły, albo są na skraju wyczerpania. 


Pierwszy na mojej drodze stanął Rossmann - wiadomo chyba, że stamtąd z pustymi rękoma wyjść się nie da. Prawda? No chyba, że tylko ja tak mam, to mnie poprawcie :P




Kremy do depilacji od Bielendy bardzo lubię, ostatnio miałam wersję aloesowa, teraz postawiłam na, jak mówi producent, produkt "pro". Maszynki do golenia były na promocji, a mimo, że na co dzień używam depilatora, to i tak zawsze się przydadzą. O kremie do stóp Fusswohl słyszałam wiele dobrego i muszę wam powiedzieć, że w połączeniu z uroczą stópeczką-pumeksem daje rewelacyjne efekty! Puszki do pudru to coś, co zawsze się przyda w torebce - w opakowaniu były dwa, ale jeden już poszedł w ruch. Po pomadkę alterry sięgnęłam w celu stosowania jej na rzęsy, ponieważ zawiera dużo olejku rycynowego. 



Do Ziaji udałam się przede wszystkim po mój ulubiony zielony krem, jednak w moje ręce wpadło jeszcze mazidło pod oczy oraz dwufazowy płyn do demakijażu, bo miał fajną cenę. :P



Tą dwufazówką jestem bardzo zawiedziona, ponieważ działa ona identycznie jak wersja niebieska - czyli wcale. Krem pod oczy kupiłam z czystej ciekawości, bo ostatnio okolice oczu mam bardzo przesuszone. Ten produkt jest bardzo fajny, nawilża oraz daje uczucie ukojenia.


W Golden Rose oprócz ulubionego top coatu wysuszającego lakier do paznokci kupiłam moją pierwszą (!) pomadkę matową z tej firmy, na które był taki wielki boom. No nareszcie! Kolor, który wybrałam jest obłędny, coś jak milky brown od Lovely, ale bardziej wpadający w różowe tony.



Na sam koniec udałam się do YR, żeby kupić mój ulubiony płyn do demakijażu oczu, ale go nie było :O Dobrze, że chociaż szampon pokrzywowy się uchował, bo to jest mój jedyny ratunek dla wypadających i osłabionych włosów.



Z moich zakupów jestem bardzo zadowolona, nawet mimo tego, że w końcu nie kupiłam tego, co chciałam.

Pozdrawiam,

Rose♥
43

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Kuracja po hybrydzie od Vipery - odżywka idealna?


Moje paznokcie z natury są powiedziałabym normalne... rosną tak jak trzeba, czasem się tylko łamią, ale tak to jest ok. Jednak jeżeli tylko użyję lakieru stają się rozdwajające, łamliwe, kruche i ogólnie beznadziejne. Każdy lakier do paznokci wysusza ich płytkę na wiór, wyniszcza je do tego stopnia, że przestają "zdrowo" rosnąć (chodzi mi o to, że odrastają, ale już przesuszone i z takimi chropowatymi plamkami na sobie. 

Więc kiedy tylko zaczęłam malować paznokcie regularnie, zabrałam się za szukanie odżywki lub bazy pod lakier, która zapobiegnie tym skutkom ubocznym. Mogłoby się wydawać, że to prosta sprawa. Internet przecież zasypany jest recenzjami przeróżnych produktów. Przetestowałam więc te najpopularniejsze, tak gorąco polecane przez wiele osób, odżywki: 8w1 i diamentową od Eveline, black diamond od Golden Rose, całą masę produktów od Sally Hansen, było też Wibo, Lovely, Killys, nawet Astor. Najśmieszniejszą sprawą jest to, że te odżywki zamiast pomagać to coraz bardziej niszczyły moje paznokcie. Pomijając oczywiście fakt tych formaldehydowych, na które zwyczajnie dostałam uczulenia, a z nim wszystkich skutków ubocznych tego składnika, bo to chyba historia na inny post. Ale te, które go nie zawierały z moimi paznokciami robiły równie wielką masakrę: zamiast naprawiać, to niszczyły jeszcze bardziej. 
Zrezygnowana sięgnęłam po naturalną pielęgnację, udałam się więc do kuchni. Stosowałam cytrynę, oliwę z oliwek, miód, olej rycynowy, nawet mleko. Wszystko, o czym tylko kiedyś gdzieś usłyszałam. I dalej nic... Byłam tak wkurzona, że przez ostatnie pół roku prawie wcale nie malowałam paznokci, w sumie nie robiłam z nimi nic oprócz obcinania. Bo i po co? Skoro i tak nie mogłam w żaden sposób dojść z nimi do ładu i składu. Tak chyba zareagowały na tonę odżywek, którymi je katowałam (szczególnie na te z formaldehydem).

Na mikołaja, jak być może wiecie z tego posta, dostałam "kurację po hybrydzie" marki Vipera. Pierwsze czego się obawiałam to to, że jest to kolejna chemiczna bomba, która tylko pogorszy stan moich paznokci. Przewertowałam więc skład i okazało się, że nie znalazłam ani formaldehydu ani żadnych innych składników, których nie chciałabym w odżywce do paznokci. Było za to to, o czym zapewniał nas producent: bambus, aloes, cytryna, witamina E, olej arganowy i pył diamentowy (to ostatnie w znikomych ilościach).
Przez cały ostatni miesiąc stosowałam tą odżywkę bez przerwy. Przez pierwsze dwa tygodnie solo -po tym czasie oniemiałam! Zauważyłam, że moje paznokcie zaczynają zdrowo rosnąć, są elastyczne (a więc mało podatne na łamanie), nie straszny im kontakt z chlorowaną wodą, detergentami, zimnym i gorącym powietrzem. Wypróbowałam więc ją pod lakier do paznokci i tutaj również spotkało mnie zaskoczenie. Nie dość, że lakier przestał odpryskiwać, a co za tym idzie utrzymywał się dłużej, to dodatkowo lepiej nakładał się na odżywkę niż na "goły" paznokieć. Stosowanie produktu Vipery pod lakier nie wpłynęło negatywnie na jego działanie - odżywka dalej doskonale regenerowała paznokcie.

Paznokcie po miesiącu - w porównaniu do tego, co było wcześniej to rewelacja! Wiadomo, że przede mną dalsza ich regeneracja, ale i tak już jest super. 
Produktem Vipery jestem zachwycona, nareszcie znalazłam odżywkę idealną dla moich paznokci. Między nami narodziła się miłość od pierwszego pociągnięcia pędzelkiem :)

Gorąco zachęcam was do wypróbowania jej u siebie, jeżeli macie podobne problemy do tych, z którymi ja borykałam się jeszcze miesiąc temu.
Pozdrawiam,
Rose♥


44
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.