wtorek, 21 marca 2017

Wiosna, ach wiosna!


Jednym  z najlepszych uczuć na świecie jest to, kiedy rano budzą cię promyki słońca muskające Twoją twarz. Dzisiaj było ono jeszcze nieśmiałe, jakby wstydziło się wyjść zza chmury - jednak dało się wyczuć wiosenną atmosferę. Nie mogę uwierzyć w to, że jeszcze wczoraj w Krakowie tak okropnie wiało i padało - nic nie zwiastowało nadejścia tej upragnionej chyba już przez wszystkich pory roku. Więc wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy rano o 7 ujrzałam przepiękne niebieskie niebo i słoneczko wychylające się zza chmur. Taka pogoda od razu sprawia, że mam lepszy humor i jak to mówi moja mama - "aż się chce". 

Wiosna to piękna pora roku, kiedy wszystko budzi się do życia, człowiekowi właśnie się "zachciewa" wszystkiego - mamy motywację do działania i taki "power", który uśpiony był przez zimę. Dzisiaj po przebudzeniu poczułam, że ten dzień będzie dobry, nie martwiłam się ani ocenami, ani natłokiem obowiązków, wszystko gdzieś uciekło...

Szczerze, to nie mogę doczekać się już długich spacerów, słoneczka i wiosennych mżawek, które nic wspólnego nie mają z ostatnimi ulewami. Chcę już pożegnać zimową aurę, która mimo, że bardzo piękna, to dała mi się we znaki.


A wy poczuliście już wiosnę? 
Rose♥
21

piątek, 17 marca 2017

Dużo nowości!


W ostatnim miesiącu poszalałam z zakupami kosmetycznymi i nazbierało mi się naprawdę wiele ciekawych cukiereczków. Jak wiecie przełamałam się do kupowania przez internet no i... przepadłam. Oprócz tego w napotkałam wiele ciekawych promocji w drogeriach, kilka rzeczy mi się pokończyło, a kilka wpadło w moje ręce z zupełnej ciekawości. Takie szaleństwo zakupowe wymęczyło trochę mój portfel, więc w tym miesiącu zdecydowanie powinnam przystopować z kosmetykami :P

Na pierwszy ogień pokażę wam moje internetowe łupy. Wybrałam szampon babuszki Agafii, czarną wybielającą pastę do zębów oraz Alantan w wersji niebieskiej. Babuszka troszkę mnie zawiodła, bo na pierwszym miejscu w składzie ma SLS, a podobno miała być naturalna... Za to czarna pasta sprawdza się genialnie! Jest delikatna dla zębów, ale widocznie je wybiela. Alantan to mój stary ulubieniec :)


Ostatnio skończył się mój True Match i po zużyciu tej jednej buteleczki stwierdzam, że się polubiliśmy. To nie jest podkład, który od samego początku będzie idealny, ja potrzebowałam nauczyć się jak go aplikować, na jakie kremy oraz z jakimi pudrami go łączyć. Ale kiedy już sobie to wszystko wyczułam, True Match jest dla mnie idealny i na pewno pozostanie ze mną na dłużej - dlatego też domówiłam sobie następną buteleczkę.  Dwa korektory z Inglota upolowałam na gigantycznej przecenie w Douglas - produkty tej marki miały cenę obniżoną o jakieś 70%! Ten w słoiczku jest w kolorze zielonym i idealnie sprawdza się na moich wiecznie zaczerwienionych policzkach. Zdradzę wam, ze zapłaciłam za niego jakieś 14 zł :P Wersja w pędzelku jest przeznaczona pod oczy. Nie jest to typowy korektor bo... on wcale nie ma koloru! Posiada za to dużo mikroskopijnych drobinek (w żadnym wypadku nie brokatu!), które przepięknie odbijają światło. Mieszam go z moim ulubieńcem - Astor Perfect Stay - i efekt jest powalający! Róż z Lovely był kupiony z czystej ciekawości, ale jak na razie mnie nie zachwyca. Poczekam na bardziej słoneczne dni.


Z nowości paznokciowych najlepszym zakupem (bo najbardziej się przyda) jest rozcieńczalnik do lakierów od Inglota. Za taką buteleczkę płaciłam coś około 20 zł, produkt jest bardzo wydajny i fajnie przywraca lakiery do "żywych". Udało mi się również kupić miniaturkę kultowego już Seche Vite, ale po pierwszych próbach nie jestem z niego zadowolona - dużo lepiej sprawdza się wysuszacz z Golden Rose. Ale jeszcze potestuję :) Olejek do paznokci z Bell prześlicznie pachnie brzoskwinką i genialnie nawilża skórki oraz płytkę paznokcia. Cudo za całe 8 zł! Czerwony lakier z L'oreal upolowałam na dużej przecenie w Hebe, a ten brokatowy czekał na mnie na osiedlowym bazarku. Lubię takie brokaty jako akcent na serdecznym paznokciu :)


Na tym zdjęciu macie dowód mojej zdrady, która mi zupełnie nie wyszła - maskara z Maybelline za żadne skarby nie dorasta do pięt mojemu Max Factorowi, chociaż jest całkiem fajna. Leci do mamy, dla której jest ulubienicą :) Eyeliner w pisaku z Eveline jest bardzo przyjemny, ale kupiony był z czystej ciekawości, bo rzadko maluję kreski. Za to ta perełka z Golden Rose - pisak do brwi - będzie moim totalnym ulubieńcem. Ma świetny kolor, który w 100% mi pasuje, a jego aplikacja jest banalnie prosta i szybka. Bardzo dziękuję Pani pracującej w katowickim Golden Rose, która mnie namówiła na jego zakup!


Na końcu została kosmetyczna pierdółka - gąbeczka do czyszczenia pędzelków do makijażu "na sucho". Jej recenzja jest tutaj, ale mogę wam zdradzić, że sprawdza się świetnie. Oprócz tego zakupiłam dwie konturówki z Golden Rose, które bardzo lubię do stosowania na całe usta :)


To tyle nowości u mnie, muszę przyznać, że wpadło tego dość sporo. Także teraz basta i pora skupić się na zakupach odzieżowych. Zdecydowanie potrzebuję jakichś fajnych butków na wiosnę... no i może jakiejś torebki :)

Pozdrawiam,
Rose ♥
40

niedziela, 12 marca 2017

Jak wyczyścić pędzelki bez moczenia ich | Magiczna gąbeczka do czyszczenia pędzli | W7 Shade & Swap


Cześć ♥

Mimo, że mam naprawdę wiele pędzli, to staram się używać tylko trzech lub czterech jednego dnia. Spowodowane jest to oczywiście higieną, bo nie chcę używać takich wypacianych brudasków. A poza tym... komu by się chciało myć pędzelki codziennie? Ja na ich dzień kąpieli wyznaczyłam piątek i tego się skrupulatnie trzymam. Więc przez cały tydzień pędzelki tak sobie zużywam, te brudne odkładam do pudełeczka, a w piątek rozkładam cały arsenał i rozpoczynam istne tortury.

No ale jak można wykonać makijaż oka np. jednym pędzelkiem? W normalne dni tygodnia, kiedy idę do szkoły nie potrzebuję nie wiadomo czego na powiekach - ot trochę zaznaczyć ruchomą powiekę, dodać cień na zewnątrz i trochę błysku. I tyle. Więc jeden pędzelek w zupełności mi wystarczy, bo taki makijaż jest naprawdę podstawowy.

Problem pojawia się w momencie, kiedy chcemy zmienić kolor cienia, a pędzelek jest wciąż brudny. No właśnie. Kiedyś wykombinowałam sobie taki sposób, że podkradłam mamie stary, szorstki, nieużywany ręcznik, wycięłam z niego kawałek i delikatnie na nim czyściłam między aplikacją kolejnych kolorów upaciane pędzle. Jednak zaczęło mnie to irytować, bo ręcznik się zwija, spada i jeszcze inne cuda się  z nim dzieją. Otworzyłam więc internet i oblookałam co tam ciekawego w kwestii mycia tak ważnych narzędzi, jakimi są pędzle można znaleźć.

I nie zgadniecie! Odkryłam, że patent z czyszczeniem brudasków bez wody, za pomocą delikatnego tarcia istnieje i ma się bardzo dobrze! Kilka marek własnych drogerii (w tym natury oraz Sephory) ma w swoim asortymencie gąbeczki do szybkiego czyszczenia pędzelków. Eureka! Przy okazji zamawiania jakichś dupereli (szamponu i pasty do zębów - tak, pokonałam lęk przed zamawianiem takich produktów z internetu) - do koszyka wpadła mi właśnie taka gąbeczka tyle, że z firmy W7. 


Czarna gąbka o chropowatej powierzchni zamknięta jest w uroczym, landrynkowo-różowym, plastikowym pudełeczku. Nie jest to tania chińszczyzna, tylko pewnie z plastik z tych wysokopółkowych, bo materiał jest solidny i nie wygląda na taki, co za chwilę miałby się połamać. Opakowanie jest wygodne i praktyczne, nie ma żadnego problemu z jego otwieraniem. Powierzchnię, która czyści pędzelki bez problemu można wymyć ciepłą wodą z dodatkiem np. jakiegoś mydełka antybakteryjnego, a taka kąpiel nie wyrządza jej żadnych szkód, bo jej właściwości z żaden sposób się nie zmieniają.

Brudny pędzelek przed czyszczeniem


Najważniejszą kwestią jest czy wynalazek ten działa. A no działa. I to jeszcze jak! Doskonale sprawdza się do szybkiego zmieniania koloru cienia, doczyszcza narzędzia na tyle, że nie ma szansy, aby odcienie nakładane tym samym pędzelkiem na powiekę się zmieszały. Nie zauważyłam też, aby chropowata gąbeczka te nasze narzędzia zbrodni, jakimi niewątpliwie są pędzle, niszczyła. Ale ja pocieram tak delikatnie, że nawet piórka by się nie dało zepsuć. 

Efekt szybkiego przetarcia pędzelkiem po gąbeczce


Pamiętajcie jednak, że taka gąbeczka nie zastąpi nam porządnego mycia za pomocą wody i detergentu. Ona nie usuwa bakterii i zarazków - po prostu "zdejmuje" kolor cienia z pędzla. Moim zdaniem to świetny wynalazek, przydatny chociażby właśnie do codziennego, szybkiego makijażu. Wyciągamy jeden pędzelek ze stojaka ---> robimy cały makijaż oczu przy jego pomocy w międzyczasie posiłkując się czyścikiem W7 ---> brudny pędzel odkładamy do pojemniczka "do czyszczenia".

Pozdrawiam serdecznie,
Rose♥
57

wtorek, 7 marca 2017

Jak udało mi się przekonać niechęć do tabletek | biotebal - moje wrażenia


Jakiś czas temu na moim blogu powstał post o genialnej odżywce do paznokci marki Vipera. Okazała się ona ratunkiem na moje problemy - przesuszoną płytkę paznokcia, skłonność do łamania i rozdwajania się oraz ogólną złą kondycje moich paznokietków. Jednak oprócz tych przypadłości zmagam się z czymś jeszcze, mianowicie moje paznokcie są słabe od środka. Oznacza to więc, że mimo odżywienia ich z zewnątrz one i tak po jakimś czasie nie tyle co się złamią - bo na to zaradziła odżywka - ale popękają wewnątrz i w ostateczności się skruszą. Nie umiem dokładnie opisać tego zjawiska, to tak jakby wewnątrz paznokcia pojawiała się "pajęczynka" (podobna do tej, jaka pojawia się na stłuczonej szybie telefonu), która jednak nie sprawia, że paznokcie się łamią. One stopniowo się ukruszają zostawiając nieestetyczną obdartą krawędź, której piłowanie nic nie da - bo będą kruszyć się dalej.

Odżywce z Vipery dalej nie mam nic do zarzucenia - jest wspaniała! Robi swoją robotę w stu pięćdziesięciu procentach. Ale wiadomo, to jest tylko odżywienie z zewnątrz. Niedawno wpadłam na pomysł, że być może problem "pajęczynki" na paznokciach leży wewnątrz mojego organizmu. Bardzo prawdopodobne stało się dla mnie to, że cierpieć mogę na niedobór jakichś witamin lub substancji odżywczych, bo posiłki które zjadam nie są regularne oraz nie należą do najbardziej zdrowych i przemyślanych.

Powstał jeden problem - ja się wszelkich tabletek boję. Wierzcie czy nie - to prawda. Od małego wszelkie tabletki są ble i fuj i co złego to one. Syropki są okay, maści również. Ale tabletki nie i koniec! I nie pytajcie mnie skąd wzięło się u mnie takie przekonanie, bo odpowiedzieć wam nie umiem. Jednak zagryzłam zęby i pomyślałam, że te tabletki nie będą jakieś nie wiadomo jakie wielkie i straszne. I że zwykły suplement diety czy witaminy nie zrobią mi większej krzywdy.
I tak z dziwnym uczuciem "chcę ale nie chcę" miesiąc temu udałam się do pobliskiej apteki. Wyjaśniłam pani magister mój problem z powstającą "pajęczynką" i dokładnie powiedziałam czego oczekuję od produktu. Nie szukam czegoś, co spowoduje ich szybszy wzrost ani to, że z wierzchu będą piękne i ładne - od tego mam moją ukochaną odżywkę. Chciałam czegoś, co wzmocni paznokieć od środka. Z polecenia pani magister dostałam tabletki biotebal - które, jak mówi producent, stosuje się w niedoborze biotyny. Okay, ale co to ta cała biotyna? Na to pytanie producent również ma dla nas odpowiedź:
Biotyna wspomaga procesy powstawania keratyny i różnicowania się komórek naskórka oraz włosów i paznokci, poprawiając ich stan

Tabletki stosowałam miesiąc, kontynuowałam także używanie odżywki z Vipery. Nie widziałam przeszkód aby tego nie robić, bo jak mówię - chodziło mi o odżywienie paznokci z wewnątrz, tak aby nie powstawały już te "pajęczynki". Bałam się, że będę zapominała o ich zażywaniu, ale wypracowałam sobie na to mały patent. Co wieczór kładłam jedną tabletkę na biurku przy łóżku i rano pierwsze co robiłam to było zażycie jej. Tabletki biotebal są naprawdę mikroskopijne, dzięki czemu nie wymagają popicia - dla mnie to ogromny plus. W taki sposób przez cały miesiąc nie ominęłam ani jednej tabletki. 

Dzisiaj skończyła się moja miesięczna kuracja, muszę przyznać, że obietnice producenta w 100% sa prawdziwe. Moje paznokcie sa wzmocnione i już nie powstaje na nich "pajęczynka", dodatkowo zauważyłam, że strasznie szybko rosną,. Wychodzi więc na to, że te tabletki doskonale rozwiązały mój problem. Ale biotyna działa również na włosy I tutaj efekty mnie powaliły! Włosy są mocne, grube i już nie wypadają. A w dodatku mam dziesiątki nowych babyhair, dzięki czemu czupryna podniosła się u nasady. Kupując te tabletki nawet nie myślałam o tym, że biotyna da takie efekty na włosach, chodziło mi głównie o paznokcie. A tutaj proszę, takie zaskoczenie!

Z efektów biotebalu jestem bardzo zadowolona, mimo, że na początku byłam do tego produktu sceptycznie nastawiona. Jako przeciwniczka wszelakich suplementów  stwierdzam, że dla tych tabletek mogę co jakis czas robić wyjątek. Na razie zakupiłam drugie opakowanie i kuracje kontynuowac będę przez cały marzec, a później zrobię sobie przerwę i z pewnością wrócę do niego w wakacje. Muszę sobie tylko jakoś wypracować częstotliwość i długość takich kuracji - na razie po tym miesiącu zobaczę ile trzymają się efekty.

Gorąco zachęcam was do wypróbowania tych tabletek, tym bardziej, że cena nie jest wygórowana - 20zł za miesiąc kuracji. A może macie już swoich suplementowych ulubieńców - koniecznie podzielcie się ze mną ich nazwami! :)

Pozdrawiam,
Rose ♥

42

czwartek, 2 marca 2017

Relacja z weekendu w Katowicach | Intel Extreme Masters 2017 | Co zaskoczyło mnie na Górnym Śląsku


Ojejku! Ależ mi ten tydzień minął, ten post miał ukazać się zaraz po przyjeździe, a tymczasem mamy już czwartek. No ale ale! Ostatni weekend razem z P. spędziliśmy w Katowicach. Głównym powodem naszego wypadu do tego miasta było nie co innego jak IEM, który odbywa się w Spodku. Przyznam się bez bicia, że nigdy w życiu nie byłam na tak ogromnej hali, która mieści aż tyle osób (tak, na krakowskiej Tauron Arenie również, mimo, że znajduje się 5 minut tramwajem od mojego domu).

To tylko połówka widowni - zdjęcie zrobione przed meczami, więc ludzi jest dwa razy mniej :P

Intel Extreme Masters to nic innego jak jedna wielka impreza dla nerdów :P A oficjalnie są to finały rozgrywek w bardzo popularną grę sieciową League of Legends. Aż wstyd się przyznać, ale ja osobiście "zmarnowałam" na nią kilka dobrych lat ze swojego życia :) Teraz już prawie wcale nie gram, no bo kiedy? Jak czasu coraz mniej...

Tutaj na samym dole siedzieliśmy pierwszego dnia. Miejsce było świetne, ponieważ nie siedzieliśmy wśród ścisku, ale niestety źle oglądało się mecze :/

Zobaczenie IEMu na żywo było moim malutkim marzeniem odkąd tylko zaczęłam grać. Do jego spełnienia nie przyczynił się nikt inny jak P., który wszystko sam zorganizował i zadbał o to, żeby te dwa dni w Katowicach wykorzystać w 100%. Znalazła się nawet chwilka na małe zakupy kosmetyczne.

Jest też pare rzeczy, które w Katowicach przeokropnie mnie zaskoczyły! 


Pierwszą rzeczą niewątpliwie była komunikacja miejska, którą na jednym bilecie można pokonać wiele, wiele miast. Dla Krakusa było to przedziwne i usilnie próbowałam dostać bilety aglomeracyjne. A właśnie... bilety - ich cena wręcz przeraża - 5 złotych za jeden przejazd!? Toż to rozbój w biały dzień. Dodatkowo śląskie tramwaje są jedno-wagonowe, króciutkie, a podwójne siedzenia są takiej szerokości jak pojedyncze w Krakowie. A no i bilety można kupić jedynie u motorniczego za odliczony bilon - to dosłownie mnie zmiażdżyło, a prowadzącego nasz pierwszy tramwaj nie wspominam za dobrze, bo mówił tak cicho, że za nic w świecie nie mogłam usłyszeć kwoty, jaką mam zapłacić.

Wracając do tematu miast, to mimo, że przejeżdżamy z jednego do drugiego, krajobraz wcale się nie zmienia. Ma się wrażenie jednej wielkiej spójności oraz ciągłości, zupełnie jakbyśmy jechali przez wielkie miasto bez końca. Jakiego stracha miałam, kiedy wracaliśmy po ciemku, że przejedziemy Bytom i skazani będziemy na szukanie drogi powrotnej do hotelu!

Bardzo pozytywnym zaskoczeniem były ekspedientki w drogeriach! W naszych Krakowskich panie te z reguły są bardzo niemiłe oraz traktują każdego z góry. W Katowicach natomiast spotkałam się z przemiłymi kobietkami, które były bardzo skłonne do pomocy. Doradzały, wybierały... nawet dorzuciły kilka próbek, co w Krakowie jest niemożliwością. Taka sytuacja miała nie tylko miejsce w Sephorze, czy Douglasie, ale i w malutkich sieciówkach typu Golden Rose. Wielki plus! A no i ochroniarze też byli "normalni" - pilnowali sklepu, ale nie chodzili za klientami krok w krok.

Godziny otwarcia sklepów w centrum (!) okazały się dla mnie czymś tak szokującym, że nie mogłam tego przeżyć aż do powrotu. Butiki i sklepiki przy ulicy w centrum Katowic w weekend (a więc dni, w które Krakowskie sklepy przeżywają małe święto, bo ludzie zwyczajnie wtedy mają czas na robienie zakupów) pozamykane są czasem nawet od godziny 15. W niedziele większość okazała się nieczynna, dobrze, że chociaż galeria miała normalne godziny pracy.

Same Katowice są bardzo ciekawe, bo pełne są kontrastu. Przepiękne centrum z wielką galerią handlową, butikami przy ulicy, małym "ryneczkiem" (nie jestem pewna czy to był rynek, czy może po prostu jakiś placyk), otoczone kamieniczkami i wysoką zabudową stoi zaraz obok szarych, przebrzydłych domków i bloków rodem z nowohuckiego osiedla Willowego. Jest w tym coś intrygującego i muszę przyznać, że nawet mi się spodobało.

Miejsce położenia naszego hotelu również wyglądało bardzo podobnie, bo piękny, nowoczesny budynek znajdował się pomiędzy starymi, troszkę rozlatującymi się domkami. Ale tak, jak mówię - jest w tym coś pięknego i intrygującego. Taki mały eklektyzm :)


Nie uwierzycie, co spotkało nas, kiedy mieliśmy wracać do domu! Po wyjściu z galerii Supersam okazało się, że cały dworzec autobusowy jest nieczynny, ponieważ ponoć była tam bomba. Nie powiem, ja najadłam się stresu, bo było już późno, a w poniedziałek musiałam wstać o 5:30. P. zachował jednak zimną krew i w obliczu perspektywy niewyspanej na drugi dzień mnie... spytał policjanta jak mamy wrócić do domu. Na całe szczęście z jego pomocą udało nam się znaleźć przystanek, z którego odjeżdżały busy na Kraków. Uff...

Całe wydarzenie, jak i samo miasto zrobiło na mnie mega wrażenie! I mam szczerą nadzieję, że w przyszłym roku również się wybierzemy na taki weekend!



49
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.