czwartek, 20 lipca 2017

Moje dwie nowości z Inglota | Inglot Eye shadow Keeper, baza pod cienie | Inglot Translucent Loose Powder, transparenty puder matujący


Cały czas poznaję markę Inglot, mam co prawda od nich kilku stałych ulubieńców, jak np. pomada do brwi, czy zielony korektor, ale jakoś nigdy specjalnie nie zwracałam uwagi na ich inne produkty do makijażu. Zawsze gdy jestem w salonie Inglota to ogarnia mnie pewnego rodzaju mętlik, ponieważ jest tam tyle kolorów, wzorów, kształtów, że trudno mi wśród tego wszystkiego się połapać. Dlatego też zawsze gdy robiłam tam zakupy to kierowałam się prosto do kasy i po prostu mówiłam ekspedientce jaki sprawdzony już przeze mnie wcześniej kosmetyk ma mi podać.

Z racji, że mój biały puder Bourjois pokazał już odrobinkę denka (jest okropnie niewydajny), a w drogeriach nie było już nic tego typu wartego uwagi, czego wcześniej bym nie przetestowała, postanowiłam właśnie udać się do Inglota. Wśród kosmetykowego misz-maszu, miliona kolorów cieni do powiek, lakierów do paznokci, pigmentów i innych pierdółek znalazłam taki oto transparentny puder matujący. 


Jest to produkt sypki, zamknięty w naprawdę maleńkim słoiczku, jego gramatura to tylko 1.5 grama, ale wiadomo jak to jest z sypkimi produktami - starczają na wieki. Tym bardziej, że ja mam zamiar stosować go jedynie pod oczy. Do pudru dołączony był miniaturowy puszek, tak uroczy, że aż szkoda go używać. Pierwszy raz spotkałam się z tak malutką gąbeczką, ale sprawdza się naprawdę genialnie do aplikacji produktu właśnie w okolice oczu. Sam puder równie dobrze sprawdza się na całej twarzy, ponieważ bardzo dobrze matuje i wygładza cerę. Mogłabym się jedynie przyczepić do tego, że czasem daje zbyt "płaski" mat, ale wynika to z mojego sposobu aplikacji :)


Przy okazji wzięłam też bazę pod cienie, ponieważ ta z Lidla została mi podkradziona przez mamę, a Wibo i Essence dawno mi się znudziły. Wiecie, czasem potrzeba takiej miłej odmiany. :) O "Eye Shadow Keeper" słyszałam wiele dobrych opinii, dlatego właśnie też postanowiłam ją zakupić. Baza znajduje się w czarnej, eleganckiej tubce z "dzióbkiem", który świetnie sprawdza się przy dozowaniu naprawdę małej ilości produktu. Wystarczy malutka kropeczka na każde z oczu, ponieważ baza bardzo dobrze się rozprowadza i daje aksamitne wykończenie, ujednolicając przy tym koloryt powiek. Zauważyłam też, że naprawdę mocno podbija kolor cieni, dzięki czemu nawet te najsłabsze prezentują się przyzwoicie - aż żałuję, że zapomniałam zrobić zdjęcia, bo jest to efekt "wow".



A wy lubicie się z marką Inglot? Które produkty są waszymi ulubionymi?

Pozdrawiam,
Rose♥
27

niedziela, 16 lipca 2017

Dwa razy Bielenda, poproszę! | głęboko oczyszczająca maseczka peel off oraz hydro booster jelly mask od Bielenda


Znacie takie dni? Pusty dom, spokój święty, zero obowiązków, tylko ja i moje domowe spa... Co prawda rzadko się takie zdarzają, bo w domu prawie zawsze jest coś do zrobienia, ale jak już znajdzie się taka chwilka to warto ją wykorzystać w stu procentach :) Ja ostatnio znalazłam godzinkę dla siebie i wypróbowałam dwie nowe maseczki z Bielendy - głęboko oczyszczającą oraz "hydro booster". W planach była jedna, ale.... no właśnie.

Głęboko oczyszczająca maseczka peel off przeznaczona jest do cer mieszanych, tłustych i trądzikowych, producent zapewnia nas też, że jest to produkt oparty na formule stosowanej w gabinetach kosmetycznych. Jej zadaniem, jak sama nazwa mówi, jest głębokie oczyszczenie widoczna redukcja otwartych porów, zmatowienie, wygładzenie, a także nawilżenie. Brzmi zachęcająco, prawda? Maseczkę nakłada się bezproblemowo, łatwo pokryć nią równomiernie buźkę. Jak w przypadku każdej maseczki peel-off ominąć trzeba okolice brwi, oczu i ust. Aby łatwo dało się ją ściągnąć trzeba poczekać troszkę więcej czasu, niż zaleca producent - z tym oczywiście nie ma żadnego problemu, bo wyraźnie czuć na skórze, kiedy maseczka zasycha i jest gotowa aby się jej pozbyć.


Efekty po tym produkcie są bardzo pół na pół, maseczka naprawdę dobrze oczyszcza, skóra po niej jest niewyobrażalnie gładka, zmatowiona. Czy zmniejsza pory? Hmm... tutaj trudno się wypowiedzieć po jednym użyciu, coś tam zdziałała, ale myślę, że przy częstszym, regularnym stosowaniu pory rzeczywiście mogłyby w jakimś stopniu "zniknąć". Niestety maseczka wcale nie nawilża (na co w sumie nie liczyłam), okropnie za to ściąga i wysusza twarz - po prostu czuć to dogłębne oczyszczenie. :P Dodatkowo od jej nieprzyjemnego zapachu strasznie łzawiły mi oczy (mimo, że przy nakładaniu ominęłam te okolice).

Dlatego też zdecydowałam się użyć drugiej maseczki, tym razem była to "hydro booster" z tej samej firmy. Do jej zakupu skusiło mnie to, że ma być żelowa i ultranawilżająca. Według producenta przeznaczona jest do każdego rodzaju cery (również wrażliwej), a jej formuła oparta jest na bazie kwasu hialuronowego. Jej zadaniem jest przede wszystkim nawilżenie, odżywienie i przywrócenie witalności i blasku. Dodatkowo ma likwidować uczucie nieprzyjemnego napięcie skóry (a na to liczyłam), koić i łagodzić podrażnienia. "Hydro booster" rzeczywiście ma konsystencję galaretki (jednak bardzo rzadkiej), bardzo dobrze rozprowadza się ją po twarzy. Ma uroczy różowy kolor i piękny zapach - kojarzy mi się z jakimś słodyczem, którego dawno nie jadłam. Producent zaleca trzymać ją 20 minut, a później zmyć.


Po pozbyciu się maseczki z twarzy skóra jest widocznie nawilżona, mogłabym miziać się po niej cały czas, bo jest tak gładziutka i mięciutka. Zniknęło uczucie ściągnięcia spowodowane pierwszą maseczką, poprawił się koloryt cery - wrócił piękny, zdrowy blask. Rewelacja! Jedyny delikatny problem z tą maseczką to zmywanie - z racji swojej galaretkowej konsystencji "hydro booster" trochę opornie schodzi z buźki. Ale to da się przeskoczyć, bo maseczkę można zdjąć jednorazową chusteczką bawełnianą, czy ręcznikiem papierowym. :)

Coraz bardziej lubię markę bielenda, co prawda pierwsza maseczka nie sprawdziła się w 100%, ale naprawdę świetnie oczyściła moją cerę, więc ściągnięcie mogę jej wybaczyć. A żelowa "hydro booster"? R E W E L A C J A! Na pewno zastąpi mojego dotychczasowego maseczkowego ulubieńca z Rival de Loop. 

Testowałyście którąś z nich? Jak wrażenia?

Pozdrawiam,
Rose♥
39

piątek, 14 lipca 2017

Too Faced Sweet Peach


Na mikołajki od P. dostałam "czekoladkę" z Too Faced, którą byłam (i wciąż jestem) zachwycona. Idąc tym tropem P. postanowił powiększyć moją paletkową kolekcję o kolejny z kultowych już bloczków - Sweet Peach. Mogę wam zdradzić, że był to prezent na rocznicę i w ogóle się go nie spodziewałam, ponieważ umówiliśmy się, że kiedyś tam wybiorę sobie perfumy i to będzie na tyle. 

Opakowanie Sweet Peach silnie nawiązuje serii  i z jednej strony czekoladką jest, a z drugiej nie... Nie mniej same cienie zamknięte są w porządnie wykonanej, metalowej kasetce z wybitymi na wieczku motywami brzoskwinki. W środku tradycyjnie już znajdziemy nieduże lusterko, którego część przysłonięta jest nazwą paletki. Są też złote zdobienia, a każdy z cieni opisany jest swoją własną nazwą. 


Pierwsza różnica między chocolate bar, a sweet peach jest wizualno-techniczna - zrezygnowano z dwóch podłużnych, większych cieni, a zamiast tego mamy do dyspozycji więcej kolorów. Czy to dobrze, czy źle? W sumie samej mi to trudno stwierdzić, ponieważ przy mojej pierwszej czekoladce to rozwiązanie bardzo mi się podobało, ale tutaj jego brak mi nie przeszkadza. Paletka, podobnie jak Chocolate Bar, przepięknie pachnie - zgodnie z nazwą jest to woń słodkiej brzoskwini. Ten zapach nie jest nachalny, ani taki, który mdli. W moim odczuciu świetnie uprzyjemnia codzienne wykonywanie makijażu.


Ogólna kolorystyka Sweet Peach silnie nawiązuje do samej nazwy paletki. Znajdziemy tutaj brzoskwiniowe beże, róże, korale, delikatne brązy, nie zabrakło też odcieni cięższych i ciemniejszych, dzięki czemu paletką wykonać można makijaż zarówno dzienny jak i wieczorowy. Wszystkie kolory ze sobą współgrają, nie ma tutaj żadnego "wyrzutka", który do niczego by nie pasował.



Cieni w paletce jest aż 18 (a więc całkiem sporo) i tak, jak w przypadku Chocolate Bar różnią się one między sobą wykończeniem. Są tutaj maty, cienie połyskujące, cienie z drobinkami, cienie satynowe... no po prostu cały kram możliwości, Mam wrażenie, że cienie matowe poprawiły swoją jakość (i z bardzo dobrej skoczyły na doskonałą), w Sweet Peach są genialnie napigmentowane i blendują się jeszcze łatwiej jak w przypadku Chocolate Bar. Połyskujące cienie mają różne wykończenia, niektóre zawierają malutkie drobinki, inne te większe, ale żadne z nich nie mają w sobie okropnego, tandetnego brokatu - jest to czysty błysk, który utrzymuje się na oku przez cały dzień.


Konsystencja wszystkich cieni jest bardzo masełkowata (co widać, gdy nabieramy je na palec, czy pędzel), dzięki czemu nie ma problemu z wykonaniem makijażu. Kolory bardzo łatwo się blendują, tworząc na oku piękną chmurkę kolorów.  Moim zdaniem w przypadku Sweet Peach zniknął także problem osypujących się cieni, który zauważałam podczas użytkowania Chocolate Bar.



Bardzo cieszę się z prezentu, ponieważ o Sweet Peach marzyłam od dawna. Takich kolorów brakowało w mojej kosmetyczce, a jako, że mamy lato, to na pewno pojawią się w wielu moich makijażach. Już teraz troszkę różu przemycam gdy idę do pracy - takie kolory tak pięknie rozweselają oko! Swoją drogą... czy nie uważacie, że faceci mają łatwiej z kupowaniem prezentów? :D

Pozdrawiam,
Rose♥


33

środa, 12 lipca 2017

Makeup revolution new-trals vs neutrals | Swatche


Czasem tak mam, że spacerując po Krakowie mimowolnie odkrywam nowe, ciekawe drogerie. Ostatnio wyczaiłam jedną taką, która ma w swojej ofercie świetnie zaopatrzoną szafę Makeup Revolution o cenach porównywalnych do tych internetowych. Na new-trals vs neutrals kusiłam się już od dawna, ale wiecie jak jest z tym kupowaniem kosmetyków przez internet... jednego się nie opłaca zamawiać, a aktualnie nic więcej nie potrzebowałam. 

Paletka z wierzchu wygląda bardzo elegancko i  klasycznie - cienie zamknięte są w czarnej, satynowej kasetce ze złotą nazwą firmy. W środku oprócz całej gamy kolorystycznej znajdziemy także wielkie lusterko (uwielbiam, gdy producenci dodają je do paletek) oraz dwustronny pędzelek, który o dziwo nadaje się do użytku. Uważam, że to dużo lepsze rozwiązanie niż nikomu niepotrzebne pacynki :)


New-trals vs neutrals zawiera szesnaście cieni, różniących się od siebie wykończeniem. Ogólna kolorystyka utrzymana jest w różach i bordach, ale nie zabrakło także kilku wariantów czerni, brązów i beży. Zaskakuje mnie jedynie połyskujący fiolet, który do niczego tu nie pasuje, a wyglądem (i jakością) przypomina cień z Iconic Pro.



Po matowych cieniach spodziewałam się średniej pigmentacji (jak to w przypadku MuR bywa), a tym czasem okazało się, że kolory są naprawdę "wow". Za pierwszym razem zrobiłam sobie plamę, bo zwyczajnie nabrałam ich za dużo. Jeżeli chodzi o połyskujące cienie, to jest to chyba loteria. W tej paletce górny rząd jest naprawdę rewelacyjny, drobinki nie są brokatem, nakładają się dobrze na powiekę i nie znikają przy blendowaniu. Te na dole natomiast są jakości porównywalnej do Iconic Pro, część z nich jest okay i da się nimi pracować, a dwójka (złotko i ten fiolet) jest totalnie nie do użytku - podobnie jak w przypadku Pink Fizz, te kolory zbijają się w grudki i trudno rozprowadzić je ładnie po powiece, a co dopiero wyblendować. 


Konsystencja cieni jest taka sama, jak w przypadku Pink Fizz właśnie, są masełkowate, aksamitne (poza tymi dwoma wyjątkami), o wiele lepiej jednak się blendują i prawie wcale nie osypują pod oczami. Jedynie tak jak mówię, coś nie tak jest z lewą częścią dolnego rzędu, bo cienie zupełnie odbiegają jakościowo od reszty. 


Z paletkami Makeup Revolution miałam już styczność, dlatego w głowie siedziała mi własna, wyrobiona opinia na temat ich jakości. Bardzo pozytywnie się zaskoczyłam, gdy okazało się, że pomiędzy Pink Fizz (nie wspominając nawet o Iconic Pro), a New-trals vs neutrals jest dosłownie przepaść. I o ile różowa czekoladka dalej wydaje mi się dość przyjemną propozycją (zwłaszcza patrząc na cenę), to New-trals vs neutrals bije ją o głowę, dorównując Sleekowi. Szkoda tylko, że ta lewa część dołu jest jakaś taka... mierna.

Pozdrawiam,
Rose♥
23

niedziela, 9 lipca 2017

Skuteczne usuwanie skórek | Żel do usuwania skórek Sally Hansen | Sally Hansen Instant Cuticle Remover



W końcu skusiłam się na produkt, który polecało wiele z was. Ileż to ja się naczytałam pochwalnych postów o tym, że działa, że w ekspresowym tempie, że ogólnodostępny, same ochy i achy. Mowa o żelu do usuwania skórek od Sally Hansen - produkcie, który od wielu lat podbija polskie i zagraniczne blogi i vlogi.

Żel dostajemy zapakowany w kartonik, na którym producent zamieścił całą, nieskomplikowaną instrukcję użyci specyfiku. Taka sama treść powtórzona jest na buteleczce, więc kawałek papieru jest nam całkowicie do życia niepotrzebny. No chyba, że ktoś lubi zbierać pudełeczka (a znam taką osóbkę!). Buteleczka jest niebieska, żel za to całkiem bezbarwny, aplikuje się go za pomocą dzióbka, który nakłada odpowiednią ilość specyfiku. Producent zaleca czekać 15 sekund zanim przejdziemy do pozbywania się skórek, a całkowity czas działania  żelu nie powinien przekraczać minuty. Na końcu należy dokładnie pozbyć się produktu za pomocą ciepłej wody i mydła.


Dlaczego tak ważne jest, aby tego żelu nie pozostawiać za długo na dłoniach? Ponieważ specyfik Sally Hansen rzeczywiście działa i w te piętnaście sekund potrafi zmiękczyć nawet najbardziej zapuszczone skórki (testowałam na paznokciach P., także wiecie). Ten produkt przyśpiesza wykonywanie całego manicure, dodatkowo nie śmierdzi (wielki plus) i jest bardzo, bardzo skuteczny. Skórki po jego użyciu stają się mięciutkie i łatwo odklejają się od płytki paznokcia, dzięki czemu możemy albo je odsunąć, albo wyciąć - zależnie od preferencji i stanu "zapuszczenia" skórek.


Dla mnie produkt Sally Hansen jest genialny i już wiem dlaczego były nad nim takie zachwyty. Używam go od niedługiego czasu, a już nie mogę wyobrazić sobie mojego manicure bez jego pomocy. Uwierzcie mi, że usuwanie skórek nigdy nie dotąd nie było tak proste i przyjemne jak teraz :).

Testowałyście już ten żel? A może macie coś jeszcze lepszego do polecenia?

Pozdrawiam,
Rose♥
31

niedziela, 2 lipca 2017

Domowe spa dla stóp razem z Perfectą | Perfecta SOS, domowy pedicure, zabieg regenerująco-kojący


Lato w pełni, a co za tym idzie nasze stopy cały czas są "na wierzchu". I o ile w zimie można było pozwolić sobie na traktowanie ich trochę po macoszemu, tak teraz nie ma zmiłuj się - stopy muszą być piękne i zadbane. Nikt przecież nie chce nimi straszyć zza sandałków, prawda? Na pielęgnacje stóp wcale nie trzeba wydawać fortuny, a całkowite spa możemy urządzić sobie w domowym zaciszu. Większość potrzebnych produktów, jak sól do kąpieli, krem nawilżający, czy peeling, zawsze stoją na naszych kosmetycznych półkach - nie muszą to być specyfiki specjalnie dedykowane stopom. Producenci kosmetyków wychodzą jednak takiemu domowemu spa na przeciw, tworząc saszetki jednorazowego użytku, które zawierają np. peeling oraz maskę. 

Ja dla siebie wybrałam zabieg regenerująco-kojący firmy Perfecta, w górnej części saszetki znajduje się złuszczający peeling, zawierający sproszkowany pumeks, ciekłą parafinę i olej bawełniany, a w dolnej zmiękczająca maska-kompres do stóp na bazie moczniku, oleju oliwkowego i gliceryny.


Najpierw nasze domowe spa zaczynamy oczywiście od peelingu, producent zaleca wykonywać go pięć minut, ja jednak moje stopy "pomaltretowałam" nieco dłużej. Moim zdaniem w saszetce jest trochę zbyt mało produktu, co prawda starczył na obie stopy, ale ja lubię nakładać trochę więcej peelingu - to wynika jednak z moich własnych upodobań :) Po pierwszej części zabiegu stopy były widocznie gładkie, mam jednak wrażenie, że ten peeling sprawdzi się jedynie do pielęgnacji stóp o które dbamy regularnie. Gdybym nie kremowała moich stóp, ani nie ścierała martwego naskórka, to efekty po tym peelingu byłyby bardzo mizerne, a tak to jestem bardzo zadowolona.

Regenerującej maski użyłam na noc, produktu jest bardzo dużo, dzięki czemu stopy posmarowałam wystarczająco obficie. Jak zwykle założyłam skarpetki i oddałam się błogiemu snu... Rankiem moje stopy były bardzo nawilżone, odżywione i mięciutkie, a efekt ten utrzymał się bardzo długo. Maska to zdecydowanie mocniejsza strona zabiegu od Perfecty.

Stosujecie czasem takie gotowe saszetki, czy może bazujecie na osobnych, sprawdzonych produktach? Ja product Perfecty kupiłam z czystej ciekawości, nie jest co prawda zły, bo zarówno peeling jak i maska działają, ale nie wiem czy jest to fajne rozwiązanie do domowej pielęgnacji. Dużo lepiej taka idea jednorazowych saszetek wypada na tle wyjazdów, gdzie nie chce nam się taszczyć miliarda produktów w walizce.

Pozdrawiam,
Rose♥
48

piątek, 30 czerwca 2017

O tym dlaczego tak bardzo lubię kosmetyki Yves Rocher | Peeling roślinny do ciała z pudrem z pestek moreli | Intensywnie nawilżające mleczko do ciała


To, że parę ładnych lat temu weszłam do sklepu Yves Rocher było czystym przypadkiem i do tej pory, mając na uwadze moje ówczesne podejście do kosmetyków pielęgnacyjnych, dziwię się, że moja noga kiedykolwiek wtedy przestąpiła ich progi. Dawniej jakoś nie przywiązywałam wagi do pielęgnacji, miałam co prawda gdzieś tam z tyłu głowy zakodowane, że trzeba użyć kremu do twarzy i pobalsamować ciało, ale niezbyt się tego trzymałam. Nie wiem czy bardziej mi się nie chciało, czy może po prostu nie byłam jeszcze w tym obeznana (to był okres przed-youtubowo/blogowy). 

Od tamtej pory Yves Rocher stało się moją ulubioną marką kosmetyków pielęgnacyjnych. Ich produkty nad tymi drogeryjnymi u mnie wygrywają przede wszystkim... zapachami. Obłędne kwiatowe, owocowe, czy orientalne nuty, które ani trochę nie są sztuczne. Coś cudownego. W malutkich sklepikach Yves Rocher można dosłownie przepaść i spędzić tam długie godziny na samym wąchaniu testerów. Oprócz zapachów oczywiście ważne dla mnie jest działanie. Wiem, że opinie na temat składów produktów YR są różne - jedni mówią, że są rewelacyjne, drudzy, że z naturą mają niewiele wspólnego. Ja od oceniania składów trzymam się z daleka, staram się nie szaleć na tym punkcie. Bacznie obserwuję reakcje mojej skóry na nowe produkty i dopiero, kiedy coś zacznie źle działać to odstawiam. W przypadku żadnego kosmetyku Yves Rocher nie miałam jeszcze takiej sytuacji, a przez moje łapki przewinęło ich się naprawdę sporo. Moimi faworytami tej marki zdecydowanie są żele do mycia, które co prawda żadnych cudownych właściwości poza myciem nie mają, ale ich zapachy powalają na kolana, oraz balsamy do ciała. Te drugie naprawdę rewelacyjnie nawilżają, wchłaniając się przy tym bardzo szybko. Oprócz tego bardzo lubię ich płyny micelarne, kremy do stóp, żele do mycia twarzy, peelingi do ciała, szampon pokrzywowy i wiele wiele innych... Mogłabym tak wymieniać godzinami.

Paradoksalnie zakupy w Yves Rocher robię nie tak często... już nie tak często. Dawniej trzymałam się ściśle ich pielęgnacji, teraz lubię popróbować innych marek. Czasami jednak zahaczam o ich sklepiki i kupuję sobie jakiegoś miłego cukiereczka. :D Szczególnie wtedy, kiedy są oferty z książeczkami kuponowymi, czy kiedy pojawiają się limitowane edycje. Takie ograniczenie moich zakupów w YR nie wynika z tego, że ich kosmetyki przestały u mnie się sprawdzać, ale z tego, że najzwyczajniej troszkę mi zaczęły się nudzić... Dlatego właśnie staram się wyłapywać przede wszystkim jakieś nowe produkty :)  Drugą sprawą jest też fakt, że do Rossmanna i innych osiedlowych drogerii mam nieco bliżej, więc łatwiej tam kupić mi produkt, którego akurat potrzebuję.

Po przydługaśnym wstępie chcę zaprezentować wam dwie perełki, które ostatnio wrzuciłam do koszyka. Obu z nich wcześniej nie miałam, więc chyba są to stosunkowo nowe produkty (nie jestem pewna, bo w YR bywam coraz rzadziej). Aloesowe intensywnie nawilżające mleczko do ciała przypomniało mi, dlaczego tak bardzo lubię balsamy z Yves Rocher. Produkt świetnie nawilża, koi podrażnienia (np. po goleniu), a przy tym w ogóle się nie klei i bardzo szybko się wchłania. To mleczko uratowało moje przesuszone dłonie, z którymi żadne masła ani inne kremy nie mogły sobie poradzić. Nie muszę chyba dodawać, że pięknie pachnie? Jego zapach jest bardzo delikatny, rześki, nieprzytłaczający - idealny na lato.


Peeling z pudrem z pestek moreli jest niebywale delikatny, ale przy tym dobrze ściera martwy naskórek, trudno nim podrażnić nawet najdelikatniejszą skórę. Po kąpieli ma się uczucie porządnego oczyszczenia, a skóra gotowa jest przyjąć solidną porcję nawilżenia. Nie będę wspominać o zapachu, bo jest obłędny. Sami musicie go powąchać!


Macie jakąś swoją ulubioną markę pielęgnacyjną? Takiego pewniaka, od którego zazwyczaj wszystko wam się sprawdza? Dla mnie jest to Yves Rocher, nawet mimo tego, że teraz już nie często robię u nich zakupy. Do YR mam ogromny sentyment i z przyjemnością czasem wracam do ich produktów.

Pozdrawiam,
Rose♥

22

środa, 28 czerwca 2017

Oficjalne zakończenie roku szkolnego




Lecę się pochwalić, pożalić, poopowiadać - wszystkiego po trochu. Mimo, że rok szkolny dla większości skończył się w zeszły piątek, to dla mnie trwał on aż do wczoraj. 27. czerwca pisałam ostatni w tym roku szkolnym egzamin, dzisiaj już mogę odetchnąć i w pełni zacząć wakacje.

Jak poszły mi zawodowe? Teorię tydzień temu zdałam na 85 procent, nie jest to najlepszy wynik, bo spokojnie mogło być nawet 90, ale dałam się zeżreć stresowi. Chociaż nie mogę też narzekać, bo kwalifikacja zaliczona. Wyników praktycznego egzaminu trochę się boję, bo wiadomo - jeden głupi błąd może zepsuć całą pracę. Najgorsze jest to, że wyniki będą dopiero w sierpniu. Do tej pory muszę jakoś zapomnieć o tym egzaminie, bo nie mam zamiaru spędzić całych wakacji na zamartwianiu się. Co będzie to będzie! Muszę wam też pochwalić się, że udało mi się wypracować paskowane świadectwo - jestem z siebie mega dumna! 

Upalne dni spędzam na własnych przyjemnościach - letnie kino plenerowe, domowe spa, czytanie książek, fotografowanie, rysowanie... Tyle rzeczy i tyleeee czasu! Najlepiej to w ogóle nie chodziłabym spać, żeby go nie marnować :) Staram się więcej pisać, ale na razie nie przesiaduję na komputerze / tablecie - za dużo dzieje się w okół żeby marnować czas na internety! Bloga odwiedzam zazwyczaj wieczorami, dlatego też posty pojawiają się późnymi godzinami nocnymi. Dzisiaj zrobiłam wyjątek, ponieważ akurat chwilkę po obiedzie postanowiłam poleniuchować :) Później wybiorę się do nowej drogerii pooglądać co tam ciekawego mają - kasy i tak brak, a dziesiąty dopiero za dwa tygodnie :D

Jak wy spędzacie wakacje? Co tam u was słychać?

Pozdrawiam,
Rose♥
34

wtorek, 27 czerwca 2017

Owocowa pielęgnacja z Tutti Frutti | olejek do kąpieli i pod prysznic | masło do ciała


Jakiś czas temu na półkach w sklepie, w którym sobie dorabiam pojawiły się kosmetyki pielęgnacyjne z serii Tutti Frutti. Dawniej korzystałam z ich produktów, ale kiedy to byłoooo.... z tamtych czasów pamiętam jedynie genialne owocowe zapachy. Musiałam chyba w domu wspomnieć, że cała seria pojawiła się na sklepowych półkach, bo moja mama zrobiła mi malutki, bezokazyjny prezent. Dostałam od niej olejek do kąpieli oraz masło do ciała w jednym z moich najulubieńszych zapachów - wiśni (z domieszką porzeczki, ale jej wcale nie czuć :P).

Olejek pod prysznic i do kąpieli świetnie umila cowieczorne przesiadywanie w wannie. Bardzo dobrze się pieni, a jego owocowy zapach unosi się w całej łazience. Po kąpieli skóra jest widocznie gładka, mięciutka i przede wszystkim nawilżona. W opakowaniu olejek jest perłowy, jednak nie daje rozświetlenia na skórze.



Owocowe masełko do ciała ma bardzo treściwą konsystencję,  rzeczywiście kojarzy się z masłem, które zbyt długo leżało w ciepłym pomieszczeniu :D Produkt bardzo dobrze rozprowadza się na ciele, a jego zapach jest równie przyjemny jak w przypadku olejku, choć może nieco mniej intensywny. Masło  wchłania się nieco dłużej niż normalne balsamy, ale o wiele lepiej nawilża - skóra po użyciu tego produktu jest niesamowicie mięciutka i gładka, a efekt długo się utrzymuje.


Bardzo miło jest dostawać takie drobiazgi bez okazji. Mama i z zapachem i z samymi produktami trafiła w stu procentach. Kosmetyki Farmony sprawdzają się naprawdę rewelacyjnie, zwłaszcza patrząc na ich jakoś w stosunku do ceny :D Mam ochotę na więcej!

Polecacie któreś inne wersje zapachowe tej serii? Ja aktualnie jestem zakochana w wiśni, ale chętnie wypróbuję jakiś inny...

Pozdrawiam,
Rose♥
29

czwartek, 22 czerwca 2017

DENKO #2

W moim denkowym pudełeczku już zdążyło nazbierać się sporo pustych opakowań, oznacza więc to, że najwyższa pora na nowy post. Strasznie cieszy mnie, gdy kolejny zdenkowany kosmetyk leci do pudła - daje to niezłą satysfakcję, tym bardziej, że ja nie denkuję nic na siłę, bo to jest zupełnie bez sensu.

Kolejna buteleczka zmywacza Isany już wykończona - nie, nie zużywam go tak szybko, po prostu w domu znalazłam gdzieś zachomikowaną resztkę :D Czasem dokonuję takich odkryć i zawsze się zastanawiam czemu tu to schowałam... Zmywacz pewnie odłożyłam z myślą o jakimś wyjeździe, ale teraz to już za późno - został wykończony.



Kremu oliwkowego z Ziaji nie używam na twarz, ponieważ jest zdecydowanie zbyt tłusty i zamiast pomagać tylko by szkodził. Doskonale za to sprawdza się jako krem do stóp, bo naprawdę mocno nawilża i regeneruje. Jego koszt jest także bardzo przyjemny bo to tylko jakieś 5 złotych :)


Wysuszający top coat z Golden Rose to niezbędny element mojego manicure. Nie wyobrażam sobie malowania paznokci bez niego. W sumie testowałam kilka innych wysuszaczy, ale żaden z nich nie był tak dobry jak ten z GR. Ciekawe jaka jest jego tajemnica... Szkoda tylko, że top szybko gęstnieje (co widać na zdjęciu - pół buteleczki jest już nie do użycia), ale kosztuje jakieś 8 złotych i jest mega wydajny.


W końcówki moich włosów zawsze wcieram silikonowe sera, zabezpiecza to je przed rozdwajaniem się spowodowanym zahaczaniem o ubrania, poduszki, torebkę itp. Moje ulubione "olejki" i "jedwabie" kupuję w biedronce - mają wystarczająco dużo silikonów i przystępną cenę. Biosilk to u mnie już klasyk, włosy rzeczywiście są po nim mięciutkie, sypkie i błyszczące.


Biotebal to mój "holy grail", kto nie widział posta o tych tabletkach to niech szybciutko leci nadrobić zaległości. Dla mnie Biotebal okazał się ratunkiem dla łamliwych paznokci, pokochałam go także za cudowne działanie na włosy i cerę. Ja zażywam go w trybie 2/2 (dwa miesiące tabletek, dwa przerwy). Teraz kupiłam jakiś zamiennik, bo pan z apteki polecił - no zobaczymy co to będzie, dawka Biotyny jest taka sama.


Szampon pokrzywowy z Yves Rocher świetnie sprawdza się, kiedy na polu są wyższe temperatury. Bardzo mocno oczyszcza (dla niektórych może być zdecydowanie za silny), a włosy rzeczywiście wolniej się przetłuszczają. Myślałam, że jest niezastąpiony, ale ostatnio znalazłam dla niego konkurenta.


Nie wiem które to już opakowanie 2000 calorie od Max Factor, ale trochę mi się już znudził, więc na razie nie będę kupować następnego. Sam tusz mogę gorąco polecić, szczególnie kolor black brown, który jest naprawdę wyjątkowy (czerń przełamana brązem). Szkoda tylko, że bardzo szybko maskara robi się gęsta, czasem nawet tych regulaminowych trzech miesięcy nie mogła dotrwać. Bardzo upierdliwa rzecz jeśli używamy tylko jednej i nie mamy żadnej innej na toaletce...


Ten olejek arganowy z Mincer kupiłam kiedyś w Biedronce, długo głowiłam się jak go użyć ponieważ moja cera się niezbyt z nim polubiła, a takowe miało być jego pierwotne przeznaczenie. W końcu zdecydowałam, że będę dodawać sobie go kąpieli. I to był rewelacyjny pomysł! Z wanny wychodziłam z gładką, nawilżoną skórą. Nie pojawiały się też żadne podrażnienia po goleniu czy inne zaczerwienienia. Muszę gdzieś rozejrzeć się za następną buteleczką.


Znacie któryś z tych produktów? Może coś was szczególnie zainteresowało? Ciekawa też jestem jak to u was idzie ze zużywaniem produktów... Które kończą się u was najszybciej? A które najwolniej?

Pozdrawiam,
Rose♥




81

wtorek, 20 czerwca 2017

Stopy gotowe na lato z elektrycznym pilnikiem marki SilverCrest | Elektryczny pilnik do stóp z Lidla - jak się sprawuje?

Za elektrycznym pilnikiem do stóp rozglądałam się już od dawna. Te dostępne w rossmannie były dla mnie trochę zbyt drogie, więc czekałam albo na przecenę, albo jak pojawi się jakieś podobne urządzenie w którymś z moich ulubionych sklepów z pierdolinkami. Co prawda było już kiedyś takie coś w biedronce, ale wyglądało bardzo licho - po prostu typowa tania chińszczyzna. Cierpliwość jednak popłaca, a pilniki do stop pojawiły się w Lidlu. Elektronikę  Lidla bardzo lubię, ponieważ wszystkie urządzenia, które do tej pory miałam były bardzo porządnie wykonane. Dlatego też, skuszona pozytywnymi doświadczeniami z innymi lidlowskimi sprzętami, zdecydowałam się na na zakup elektrycznego pilnika do stóp. Na szczęście nie trzeba było się o niego bić, bo o dziwo na półce było ich pełno. Chyba nie powtórzyły sukcesu blendera :D

Urządzenie znajduje się w pudełku wykonanym z porządnego, grubego kartonu. Designerzy chyba zwrócili uwagę na ciekawość klientów Lidla, bo na samej górze umieścili klapkę, po podniesieniu której sprzęt można sobie pooglądać zza plastikowej "szybki". Niestety takie rozwiązanie na nic się nie zdało, bo większość egzemplarzy była "rozbebeszona". Nigdy nie zrozumiem takiego zachowania... no okay, otworzyć jedno pudełko żeby zobaczyć, ale czemu później kolejni ciekawscy nie korzystają z tego już otwartego, tylko maltretują resztę? Mi na szczęście gdzieś z tyłu półki udało się znaleźć egzemplarz fabrycznie nowiutki (mam taką pewność, ponieważ zaklejony był naklejkami zabezpieczającymi - również świetne rozwiązanie ze strony producenta), ale był to jeden z niewielu takowych.


W środku oprócz pilnika do stóp znajdują się dwa wymienne ścieraki, pędzelek do czyszczenia, osłonka i "stacja ładująca". Genialny jest fakt, że nie trzeba wymieniać żadnych baterii w środku (nienawidzę tego! W moim domu nigdy nie ma takich działających, muszę podkradać z pilotów), tylko stawiamy urządzenie na podkładce, a za trzy godziny cieszyć możemy się urządzeniem od nowa. Troszkę słabo wypada czas działania na jednym ładowaniu, ponieważ są to tylko 2 godziny, no ale pamiętajmy też, że całość kosztowała jakieś 70 złotych. Nikt też przecież nie używa takiego zdzieraka nie wiadomo ile - szybki pedicure, a później odstawianie do ładowania. Lidlowskiego pilnika możemy też używać na mokro, jest wodoodporny i nie musimy się o nic obawiać (wodoodporny nie znaczy wodoszczelny - nie zamaczajcie go całkowicie np. w wannie!). Producent dał nam również do wyboru dwie prędkości działania urządzenia, co w połączeniu z dwiema rolkami o różnej gradacji daje całkowitą  możliwość wyboru jak mocne ma być zdzieranie. Działanie pilnika łatwo więc dopasować do własnych preferencji.


Elektryczny pilnik SilverCrest sprawuje się świetnie - doskonale spełnia swoje zadanie, usuwa brzydką, suchą skórę, a stopy pozostawia gładkie i miękkie. Ja nie używałam go nigdzie indziej, ale producent zapewnia, że urządzenie równie świetnie sprawdzi się w przypadku dłoni i łokci. Samo działanie pilnika jest płynne, nic się nie zacina, docisk do skóry nie hamuje rolki ścieraka, a ona nie wypada z trzymających ją ramion urządzenia. Nie dostrzegłam żadnych problemów z ładowaniem, a czyszczenie zarówno rolek, jak i ramion je trzymających jest banalnie proste i sprowadza się do omiecenia ich dołączonym do zestawu pędzelkiem.

Dzięki urządzeniu z Lidla pielęgnacja moich stóp trwa o wiele krócej i jest dużo przyjemniejsza. Na początku można czuć delikatne łaskotanie, ale da się przyzwyczaić. Pilnik nie wyrządził mi żadnej krzywdy, podczas jego używania nie odczuwam żadnego dyskomfortu. Bardzo dobrze, że wstrzymałam się z zakupem droższego urządzenia, bo to z Lidla jest naprawdę porządne i dobrze wykonane. Jeżeli jeszcze u was są to gorąco zachęcam Was do zakupu - akurat trwa sezon na sandałki, więc okazja idealna do zaprezentowania gładziutkich stópek. :)

Pozdrawiam,
Rose♥
36

piątek, 16 czerwca 2017

Makijaż w stylu lat XX | Trendy makijażowe lat dwudziestych


Nie wiem czy kiedyś wspominałam, ale jedną z moich wielu pasji i sfer zainteresowań jest historia. Od małego lubiłam czytać o wielkich bitwach, mężnych i dzielnych królach, księżnych gotowych poświęcić wszystko dla władzy, spiskach, morderstwach... Później przyszła pora na rozbiory, wojny, aż po czasy PRL. I tak przepadłam - historia to niewątpliwie moja miłość, mimo, że czasem odstawiam ją gdzieś na bok. No ale co ja mogę? Jakoś muszę rozporządzić czas tak, aby starczyło go dla wszystkich moich zainteresowań :) Ostatnio wpadłam na pomysł wykonania makijażu inspirowanego moją najulubieńszą dekadą XX wieku - lata 20. to oczywiście czas debiutu aktorek niemego kina, rozkwitu największych marek kosmetycznych, przyjęć, pereł, błyskotek... Czyż nie byłoby wspaniale choć przez chwilę poczuć się jak Pola Negri? 

Mój makijaż standardowo zaczęłam od nałożenia kremu nawilżającego, kiedy tylko się wchłonął na całej twarzy rozprowadziłam wygładzającą bazę Max Factor - chciałam uzyskać efekt nieskazitelnej buzi taką, jaką znać możecie z dawnych fotografii. Mogę Wam zdradzić, że taka idealna cera tamtych lat to efekt wielogodzinnego (nawet do 8h!) ręcznego retuszu klisz, z których później wywoływane były zdjęcia... 


Następnie przeszłam do kamuflowania moich brwi - na całe szczęście są dość mizerne i rzadkie, więc nie było z tym większego problemu.W latach dwudziestych popularne były bardzo cieniutkie brwi, które ostro kończyły się daleeeeko w dół. Warianty były trzy - mogły być one takie jak u mnie z wyraźnym łukiem, całkiem okrągłe (niczym odrysowane od szklanki) lub proste jak drut (taki kształt nadawać miał efekt popularnej wtedy smutnej twarzyczki). Aby całkowicie ukryć moje naturalne brwi użyłam odrobinki lakieru do włosów (aby przyklepać włoski) i dość sporej ilości kamuflażu z Wibo, który później dokładnie zapudrowałam.


Aby twarz była bardziej "flawless" niezbędne było także zakrycie wszelkich zaczerwienień, cieni pod oczami i innych niedoskonałości. W tym celu zastosowałam paletkę kolorowych korektorów od Live Love oraz pojedynczy z Inglota - jak dotąd nie spotkałam się z lepszym zielonym kamuflażem.


Podkład, którego użyłam to mieszanka moich dwóch ulubieńców - L'oreal True Match oraz Under Twenty. Pod oczy (na żółty korektor) nałożyłam płynny kamuflaż z Catrice, który idealnie zakrywa cienie. Najbardziej problematyczne miejsca przypudrowałam pudrem Stay Matte, który doskonale matowi, a okolice oczu i policzków Silk edition Touch-up Bourjois - ten z kolei niesamowicie wygładza i daje efekt nieskazitelnej cery.


Brwi wyrysowałam używając naprawdę cieniutkiego i precyzyjnego pędzelka - ja użyłam do tego pomady z Inglota w kolorze 16, jednak ciemnowłose dziewczyny spokojnie użyć mogą czarnej kredki (tak będzie bardziej poprawnie historycznie). Brwi muszą być naprawdę cieniutkie!


Do wykonania makijażu oczu posłużyły mi dwie dość zapomniane przeze mnie paletki. Mowa o Neutral Eyeshadow Palette firmy Wibo oraz Iconic Pro od Makeup Revolution. Oko w latach dwudziestych charakteryzowało się mocną, ciemną oprawą, ja zdecydowałam się również dodać troszkę błysku. Nie zapominajcie o dolnej powiece, która powinna być równie mocno podkreślona co górna! 


Lata dwudzieste to również debiut maskar do rzęs, które nieeeco różniły się swoim opakowaniem i konsystencją od tych współczesnych. Sprzedawane były w... kamieniu i aby ich użyć należało zwilżyć je kropelką wody. Ja niestety nie posiadam takiego wynalazku (nad czym ubolewam, ale wiem, że jest taki współcześnie w sprzedaży), użyłam więc Volumix Fiberlast od Eveline. Wybrałam ten tusz ponieważ fajnie pogrubia rzęsy - nie bójcie się dodać drugiej warstwy, rzęsy muszą być widoczne!


Na linię wodną można dodać czarną kredkę, ja o tym kroku zwyczajnie zapomniałam. Genialną czerń ma w swojej ofercie Bourjois - Contour Clubbing Waterproof ultra black.


Twarz to przede wszystkim róż, dużo różu - zmieszałam kilka odcieni z paletki Live Love i nałożyłam na sam środek policzków. Uwaga tylko aby nie przesadzić! Nie ma to być plama, a delikatna różowa chmurka :) Delikatnie rozświetliłam czubek noska, kości jarzmowe i okolice pod brwiami, wykonturowałam też czoło (bo te brwi sprawiły, że optycznie stało się wielgachne) i nos, bo smukłe i zadarte noski uchodziły wtedy za piękne :)


Na ustach w latach dwudziestych dominowały ciemne barwy - głębokie czerwienie, borda, burgundy, fiolety. Szminkę nakładano tworząc taki dzióbek / serduszko - zupełnie jakbyśmy cały czas dawały buziaczka! Ja zdecydowałam się na czerwień od Makeup Revolution, przy nakładaniu której pomogła mi konturówka Golden Rose.


Po skończonym makijażu nie pozostało nic innego jak dobranie odpowiednich dodatków, fryzury i stroju, a później ruszać można... no właśnie gdzie? Ja ruszyłam zrobić zdjęcia, ale Wy taki makijaż wykonać możecie na tematyczną imprezę, sylwestra czy gdzie jeszcze Wam tylko przyjdzie do głowy! Popatrzcie same jak bardzo standardy makijażowe zmieniły się przez te niespełna sto lat... Ja sama chętnie chociaż na chwilkę wróciłabym do tamtych czasów i przeżyła jedno ze wspaniałych przyjęć...

Pozdrawiam,
Rose♥
56
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.