czwartek, 17 sierpnia 2017

Wieczorna kolacja przy świecach otulona jesienną aurą | Calvin Klein Reveal


Mamy środek lata, a ja swój post tytułuję jesienią. Czy zwariowałam? Nie, jeszcze nie całkiem - perfumy, które chcę wam dzisiaj zaprezentować niezupełnie nadają się na bieżącą porę roku, a na pewno nie na, mimo, że wietrzne, to bardzo duszne dni. Świetne za to sprawdzą się chłodniejszymi wieczorami. Zapach od Calvina Kleina wybrałam sobie sama, jako prezent na rocznicę (i to do właśnie tych perfum dostałam niespodziankę w postaci paletki od Too Faced).  

Do tego zapachu skusiły mnie przede wszystkim ciężkie, mocno wyczuwalne nuty czarnego, białego oraz różowego pieprzu zmieszane z nieoczyszczoną solą. Gdy pierwszy raz w perfumerii powąchałam tester popsikany lekko tymi perfumami, to w mojej głowie od razu pojawił się obraz wieczorowej kreacji, kolacji przy świecach i lekko chłodnawej atmosfery za oknem. Chwilę później powąchałam tester po raz drugi i pozytywnie się zdziwiłam - zapach przeszedł z naprawdę ostrych nut w te delikatniejsze, słodsze i cieplejsze. Wtedy przed moimi oczyma ukazał się kominek, lampka wina i najpyszniejsze babeczki, jakie tylko można sobie wyobrazić... Pieprzne nuty idealnie scaliły się z irysem, drzewem kaszmirowym, sandałowym i piżmem, tworząc doskonałą całość. 


Zapach Calvina Kleina jest naprawdę wyjątkowy i niepowtarzalny, ma w sobie to "coś", czego do tej pory nie uświadczyłam w innych perfumach. Reveal mimo swojej ciężkości są bardzo kobiece, eleganckie i romantyczne. Ich zapach przywołuje najpiękniejsze wspomnienia z naszą drugą połówką. Perfumy te łączą w sobie zarówno gorycz, ciężkość jak i słodycz oraz lekkość, a zapach rozkwita w ciągu dnia.

Pozdrawiam,
Rose♥



11

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Chwila relaksu z maseczkami w płachcie od Sephory | Sephora Green Tea eye mask | Sephora Lotus face mask



Wszyscy dookoła szaleją za maseczkami na płachcie, a ja do tej pory ani jednej nie miałam. W końcu postanowiłam coś z tym zrobić, a na wypróbowanie kupiłam dwie kuszące maski marki własnej Sephora, które, jak zapewnia producent, inspirowane są koreańskim rytuałem dbania o urodę.

Mniejsza, zielona to właściwie płatki o zapachu zielonej herbaty, których przeznaczeniem są okolice oczu. Z ich aplikacją nie ma większego problemu, płatki są naprawdę dobrze nasączone i świetnie "przyklejają" się skóry, dzięki czemu nie trzeba niepotrzebnie marnować czasu siedząc. Ja zastosowałam je rankiem, przed wykonaniem makijażu i pójściem do pracy, a wiadomo - wtedy każda sekunda jest na wagę złota. Producent zaleca trzymać je 15 minut i tak też zrobiłam, dodatkowo przyjemny zapach umilał mi poranek.


Płatki ściągnęły się gładko, pozostawiając na skórze widoczną warstwę płynu, którym były nasączone. Dałam mu chwilkę, aby się wchłonął (no bo po co taka maseczka, skoro miałabym wszystko zetrzeć?), po 5 minutach zrobił to całkowicie, więc skóra okolic oczu była gotowa aby nałożyć na nią makijaż. Po użyciu tych płatków zauważyłam nawilżenie, wygładzenie, zmniejszyła się także opuchlizna i cienie, które towarzyszą mi co rano. 

Różowe opakowanie skrywa w sobie maskę na całą twarz, której zapach ma ponoć być lotosem. Podobnie jak w przypadku płatków, tak i tutaj z aplikacją nie ma żadnego problemu, a maska dobrze trzyma się twarzy. W ciągu piętnastu minut zapach tego produktu cały czas się zmieniał i o ile na początku był nawet przyjemny (choć kojarzył mi się z tanim odświeżaczem do łazienki), to później przemienił się w okropnie słodkie jabłko, aby ostatecznie stać się niezbyt przyjemną nutą zgnilizny. Być może po prostu mam zbyt wyczulony nos, lub akurat tego dnia zapachy mi "nie podchodziły" (bo tak też się zdarza), ale tego lotosu nie będę wspominać zbyt miło.


Samo działanie maseczki było co najwyżej poprawne, nawilżyła, to fakt, ale na bardzo krótko, pozostawiając po sobie bardzo lepką warstwę, która za nic nie chciała się wchłonąć. Dałam jej 10, później 15, 30, a na końcu 40 minut i nic... 

Z płatków pod oczy jestem bardzo zadowolona i wydają się być świetną opcją na dni, kiedy opuchlizna i sińce są wybitnie wielkie. Dodatkowo fajnie "dobudzają" spojrzenie, dzięki czemu staje się ono pełne blasku i można odnieść wrażenie, że spało się jednak trochę dłużej niż te cztery godziny. Lotosowa maseczka na całą twarz na pewno nie stanie się moim hitem, mimo, że na to liczyłam. Nawet pomijając zapach, który mógł po prostu mi nie przypaść do gustu, to samo jej działanie nie jest powalające, a klejąca warstwa to coś, czego w kosmetykach nienawidzę.

Pozdrawiam,
Rose♥
59

wtorek, 1 sierpnia 2017

Ingrid idealMATT, mineralny podkład matujący z naturalnym czynnikiem nawilżającym


Ta szklana, ciężka buteleczka skrywa w sobie, z założenia, matująco-nawilżający podkład firmy Ingird. Ja mam swój w odcieniu 300 kość słoniowa, a więc w najjaśniejszym, który jest dostępny. Przyznam szczerze, że kolor rzeczywiście jest praktycznie biały, więc mogłoby się wydawać, że dla mojej cery będzie idealny. Niestety po miesięcznym teście zauważam, że zdarza mu się okropnie ciemnieć i różowieć, mimo tego, że na ręce aż tak znaczącego efektu nie zauważam. 

Tak, jak w przypadku każdego, tak i ten podkład aplikuję wilgotną gąbeczką, ale nie sprawia to jednak, że produkt wygląda dobrze. Idealmatt ma bardzo gęstą konsystencję, przez co wręcz wbija się w jajeczko i za nic w świecie nie chce się przetransferować na skórę. Oznacza więc to, że podczas aplikacji powstają dziury, plamy, smugi i jeszcze inne większe i mniejsze tragedie. Aplikacja palcami również nie należy do najprzyjemniejszych, podkład szybko zastyga, trudno go rozblendować rękoma, ale efekt i tak jest lepszy niż w przypadku gąbeczki, choć i tutaj nie zabraknie paru dziur, gdzie produktu po prostu nie ma, mimo, że na sto procent go tam nakładałam. Kosmetyk ten zachowuje się tak, jakby w parędziesiąt sekund po aplikacji po prostu znikał w niektórych miejscach...

Po prawo świeżo nałożony, po lewej po 10 minutach od nałożenia - widać, że robi się delikatnie brzoskwiniowy.

Ogólne krycie Ingird idealMATT jest bardzo dobre, a mimo tego podkładu w ogóle nie czuć na twarzy, przez co mógłby doskonale sprawdzać się na lato dla osób, które szukają mocnego krycia, ale lekkiej formuły. Wykończenie jakie daje na twarzy jest matowe, ale jest to ten typ "zdrowego" matu, gdzie skóra się nie błyszczy, ale też nie jest płaska i pozbawiona trójwymiarowości. Niestety z utrzymywaniem takiego efektu jest problem, bo zauważyłam, że podkład zaczyna się wyświecać w strategicznych punktach już w godzinę-półtorej po aplikacji. Dla mnie niestety jest to dość słaby wynik, ponieważ produkt nie robi tego stopniowo (tzn. z godziny na godzinę coraz gorzej), tylko najpierw widać delikatny błysk, a później od razu skóra wygląda, jakbym rano zupełnie zapomniała nałożyć pudru. Śmiało mogę też oskarżyć IndealMatt o zapychanie mojej nieszczęsnej cery, ponieważ zawsze, gdy używałam go, to na mojej twarzy pojawiała się jakaś jedna-dwie niedoskonałości. Niestety z dnia na dzień się to pogarszało, a po jego odstawieniu wszystko wróciło do normy...

Szkoda, że ten podkład okazał się dla mnie niewypałem. W jego lekkiej, ale kryjącej formule oraz w kolorze, który na ręce jest naprawdę jasny, pokładałam wielkie nadzieje, ponieważ wydawał on mi się idealną propozycją na letnie wyjścia. Wiem jednak, że u wielu osób produkt ten doskonale się sprawdza, dlatego też nie odradzam wam jego zakupu, ale wcześniej weźcie może jednak jego próbkę, aby zobaczyć, czy nic złego się z nim nie dzieje.

Pozdrawiam,
Rose♥
54

wtorek, 25 lipca 2017

Duet z Ziaji na piątkę z plusem! | Ziaja liście manuka, pasta do głębokiego oczyszczania twarzy przeciw zaskórnikom | Ziaja kuracja anybakteryjna, krem redukujący trądzik


Ziaja już kilka razy podbiła moje serducho, kosmetyki z tej firmy są niedrogie, a ich działanie bardzo często okazuje się genialne. Tak, słyszałam o tym, że składy nie są za rewelacyjne i mogłyby być lepsze, ale weźcie pod uwagę cenę, jaką płacimy za te produkty. W sumie ja też nie popadam w taką "składową" paranoję - wiem, które substancje się u mnie nie sprawdzają (np. parafina w kremach do twarzy) i ich całkowicie unikam, ale nie boję się nowych produktów o którychś ktoś kiedyś powiedział, że skład mają be. Przestaję z takowego korzystać jeżeli tylko zauważę niepożądane działanie na mojej skórze.


Pasta do głębokiego oczyszczania twarzy to produkt, którego używam od dawna, ale dopiero teraz kupiłam sobie własne opakowanie. Dawniej podbierałam ją mojemu P., ciekawe czy w ogóle zauważył? :P Ja tego produktu używam jak zwykłego peelingu raz-dwa w tygodniu. To, co mi się najbardziej podoba to mocne oczyszczenie cery, które naprawdę czuć. Od kiedy używam jej bardzo regularnie (dawniej z przerwami) zauważyłam to, że moja buzia jest gładka, pozbawiona większości zaskórników, a każdy podkład wygląda na niej dosłownie idealnie. 


Zielonego kremu na trądzik używam od gimnazjum, nawet już nie liczę które to moje opakowanie, bo dawno zdążyłam się już pogubić. Kiedy pierwszy raz go użyłam (a była to próbeczka, którą dostałam od ekspedientki) niezbyt wierzyłam w obietnice producenta. Ot kolejny krem, który nic nie będzie robił... Jakież było moje zdziwienie gdy rano okazało się, że mniejsze zmiany trądzikowe całkowicie zniknęły, a te większe były wyraźnie zgaszone i zredukowane. Nie wiem jaki jest sekret tego kremu, ani co kryje się w jego składzie, ale od tamtej pory jest ze mną po dzień dzisiejszy. 

Wy macie jakichś swoich ulubieńców z Ziaji? A może używałyście któregoś z tych produktów? Jeżeli nie, to gorąco zachęcam Was do ich wypróbowania, bo żaden z nich nie kosztuje więcej niż 15 złotych, a działanie mają naprawdę rewelacyjne.

Pozdrawiam,
Rose♥
47

czwartek, 20 lipca 2017

Moje dwie nowości z Inglota | Inglot Eye shadow Keeper, baza pod cienie | Inglot Translucent Loose Powder, transparenty puder matujący


Cały czas poznaję markę Inglot, mam co prawda od nich kilku stałych ulubieńców, jak np. pomada do brwi, czy zielony korektor, ale jakoś nigdy specjalnie nie zwracałam uwagi na ich inne produkty do makijażu. Zawsze gdy jestem w salonie Inglota to ogarnia mnie pewnego rodzaju mętlik, ponieważ jest tam tyle kolorów, wzorów, kształtów, że trudno mi wśród tego wszystkiego się połapać. Dlatego też zawsze gdy robiłam tam zakupy to kierowałam się prosto do kasy i po prostu mówiłam ekspedientce jaki sprawdzony już przeze mnie wcześniej kosmetyk ma mi podać.

Z racji, że mój biały puder Bourjois pokazał już odrobinkę denka (jest okropnie niewydajny), a w drogeriach nie było już nic tego typu wartego uwagi, czego wcześniej bym nie przetestowała, postanowiłam właśnie udać się do Inglota. Wśród kosmetykowego misz-maszu, miliona kolorów cieni do powiek, lakierów do paznokci, pigmentów i innych pierdółek znalazłam taki oto transparentny puder matujący. 


Jest to produkt sypki, zamknięty w naprawdę maleńkim słoiczku, jego gramatura to tylko 1.5 grama, ale wiadomo jak to jest z sypkimi produktami - starczają na wieki. Tym bardziej, że ja mam zamiar stosować go jedynie pod oczy. Do pudru dołączony był miniaturowy puszek, tak uroczy, że aż szkoda go używać. Pierwszy raz spotkałam się z tak malutką gąbeczką, ale sprawdza się naprawdę genialnie do aplikacji produktu właśnie w okolice oczu. Sam puder równie dobrze sprawdza się na całej twarzy, ponieważ bardzo dobrze matuje i wygładza cerę. Mogłabym się jedynie przyczepić do tego, że czasem daje zbyt "płaski" mat, ale wynika to z mojego sposobu aplikacji :)


Przy okazji wzięłam też bazę pod cienie, ponieważ ta z Lidla została mi podkradziona przez mamę, a Wibo i Essence dawno mi się znudziły. Wiecie, czasem potrzeba takiej miłej odmiany. :) O "Eye Shadow Keeper" słyszałam wiele dobrych opinii, dlatego właśnie też postanowiłam ją zakupić. Baza znajduje się w czarnej, eleganckiej tubce z "dzióbkiem", który świetnie sprawdza się przy dozowaniu naprawdę małej ilości produktu. Wystarczy malutka kropeczka na każde z oczu, ponieważ baza bardzo dobrze się rozprowadza i daje aksamitne wykończenie, ujednolicając przy tym koloryt powiek. Zauważyłam też, że naprawdę mocno podbija kolor cieni, dzięki czemu nawet te najsłabsze prezentują się przyzwoicie - aż żałuję, że zapomniałam zrobić zdjęcia, bo jest to efekt "wow".



A wy lubicie się z marką Inglot? Które produkty są waszymi ulubionymi?

Pozdrawiam,
Rose♥
46

niedziela, 16 lipca 2017

Dwa razy Bielenda, poproszę! | głęboko oczyszczająca maseczka peel off oraz hydro booster jelly mask od Bielenda


Znacie takie dni? Pusty dom, spokój święty, zero obowiązków, tylko ja i moje domowe spa... Co prawda rzadko się takie zdarzają, bo w domu prawie zawsze jest coś do zrobienia, ale jak już znajdzie się taka chwilka to warto ją wykorzystać w stu procentach :) Ja ostatnio znalazłam godzinkę dla siebie i wypróbowałam dwie nowe maseczki z Bielendy - głęboko oczyszczającą oraz "hydro booster". W planach była jedna, ale.... no właśnie.

Głęboko oczyszczająca maseczka peel off przeznaczona jest do cer mieszanych, tłustych i trądzikowych, producent zapewnia nas też, że jest to produkt oparty na formule stosowanej w gabinetach kosmetycznych. Jej zadaniem, jak sama nazwa mówi, jest głębokie oczyszczenie widoczna redukcja otwartych porów, zmatowienie, wygładzenie, a także nawilżenie. Brzmi zachęcająco, prawda? Maseczkę nakłada się bezproblemowo, łatwo pokryć nią równomiernie buźkę. Jak w przypadku każdej maseczki peel-off ominąć trzeba okolice brwi, oczu i ust. Aby łatwo dało się ją ściągnąć trzeba poczekać troszkę więcej czasu, niż zaleca producent - z tym oczywiście nie ma żadnego problemu, bo wyraźnie czuć na skórze, kiedy maseczka zasycha i jest gotowa aby się jej pozbyć.


Efekty po tym produkcie są bardzo pół na pół, maseczka naprawdę dobrze oczyszcza, skóra po niej jest niewyobrażalnie gładka, zmatowiona. Czy zmniejsza pory? Hmm... tutaj trudno się wypowiedzieć po jednym użyciu, coś tam zdziałała, ale myślę, że przy częstszym, regularnym stosowaniu pory rzeczywiście mogłyby w jakimś stopniu "zniknąć". Niestety maseczka wcale nie nawilża (na co w sumie nie liczyłam), okropnie za to ściąga i wysusza twarz - po prostu czuć to dogłębne oczyszczenie. :P Dodatkowo od jej nieprzyjemnego zapachu strasznie łzawiły mi oczy (mimo, że przy nakładaniu ominęłam te okolice).

Dlatego też zdecydowałam się użyć drugiej maseczki, tym razem była to "hydro booster" z tej samej firmy. Do jej zakupu skusiło mnie to, że ma być żelowa i ultranawilżająca. Według producenta przeznaczona jest do każdego rodzaju cery (również wrażliwej), a jej formuła oparta jest na bazie kwasu hialuronowego. Jej zadaniem jest przede wszystkim nawilżenie, odżywienie i przywrócenie witalności i blasku. Dodatkowo ma likwidować uczucie nieprzyjemnego napięcie skóry (a na to liczyłam), koić i łagodzić podrażnienia. "Hydro booster" rzeczywiście ma konsystencję galaretki (jednak bardzo rzadkiej), bardzo dobrze rozprowadza się ją po twarzy. Ma uroczy różowy kolor i piękny zapach - kojarzy mi się z jakimś słodyczem, którego dawno nie jadłam. Producent zaleca trzymać ją 20 minut, a później zmyć.


Po pozbyciu się maseczki z twarzy skóra jest widocznie nawilżona, mogłabym miziać się po niej cały czas, bo jest tak gładziutka i mięciutka. Zniknęło uczucie ściągnięcia spowodowane pierwszą maseczką, poprawił się koloryt cery - wrócił piękny, zdrowy blask. Rewelacja! Jedyny delikatny problem z tą maseczką to zmywanie - z racji swojej galaretkowej konsystencji "hydro booster" trochę opornie schodzi z buźki. Ale to da się przeskoczyć, bo maseczkę można zdjąć jednorazową chusteczką bawełnianą, czy ręcznikiem papierowym. :)

Coraz bardziej lubię markę bielenda, co prawda pierwsza maseczka nie sprawdziła się w 100%, ale naprawdę świetnie oczyściła moją cerę, więc ściągnięcie mogę jej wybaczyć. A żelowa "hydro booster"? R E W E L A C J A! Na pewno zastąpi mojego dotychczasowego maseczkowego ulubieńca z Rival de Loop. 

Testowałyście którąś z nich? Jak wrażenia?

Pozdrawiam,
Rose♥
42

piątek, 14 lipca 2017

Too Faced Sweet Peach


Na mikołajki od P. dostałam "czekoladkę" z Too Faced, którą byłam (i wciąż jestem) zachwycona. Idąc tym tropem P. postanowił powiększyć moją paletkową kolekcję o kolejny z kultowych już bloczków - Sweet Peach. Mogę wam zdradzić, że był to prezent na rocznicę i w ogóle się go nie spodziewałam, ponieważ umówiliśmy się, że kiedyś tam wybiorę sobie perfumy i to będzie na tyle. 

Opakowanie Sweet Peach silnie nawiązuje serii  i z jednej strony czekoladką jest, a z drugiej nie... Nie mniej same cienie zamknięte są w porządnie wykonanej, metalowej kasetce z wybitymi na wieczku motywami brzoskwinki. W środku tradycyjnie już znajdziemy nieduże lusterko, którego część przysłonięta jest nazwą paletki. Są też złote zdobienia, a każdy z cieni opisany jest swoją własną nazwą. 


Pierwsza różnica między chocolate bar, a sweet peach jest wizualno-techniczna - zrezygnowano z dwóch podłużnych, większych cieni, a zamiast tego mamy do dyspozycji więcej kolorów. Czy to dobrze, czy źle? W sumie samej mi to trudno stwierdzić, ponieważ przy mojej pierwszej czekoladce to rozwiązanie bardzo mi się podobało, ale tutaj jego brak mi nie przeszkadza. Paletka, podobnie jak Chocolate Bar, przepięknie pachnie - zgodnie z nazwą jest to woń słodkiej brzoskwini. Ten zapach nie jest nachalny, ani taki, który mdli. W moim odczuciu świetnie uprzyjemnia codzienne wykonywanie makijażu.


Ogólna kolorystyka Sweet Peach silnie nawiązuje do samej nazwy paletki. Znajdziemy tutaj brzoskwiniowe beże, róże, korale, delikatne brązy, nie zabrakło też odcieni cięższych i ciemniejszych, dzięki czemu paletką wykonać można makijaż zarówno dzienny jak i wieczorowy. Wszystkie kolory ze sobą współgrają, nie ma tutaj żadnego "wyrzutka", który do niczego by nie pasował.



Cieni w paletce jest aż 18 (a więc całkiem sporo) i tak, jak w przypadku Chocolate Bar różnią się one między sobą wykończeniem. Są tutaj maty, cienie połyskujące, cienie z drobinkami, cienie satynowe... no po prostu cały kram możliwości, Mam wrażenie, że cienie matowe poprawiły swoją jakość (i z bardzo dobrej skoczyły na doskonałą), w Sweet Peach są genialnie napigmentowane i blendują się jeszcze łatwiej jak w przypadku Chocolate Bar. Połyskujące cienie mają różne wykończenia, niektóre zawierają malutkie drobinki, inne te większe, ale żadne z nich nie mają w sobie okropnego, tandetnego brokatu - jest to czysty błysk, który utrzymuje się na oku przez cały dzień.


Konsystencja wszystkich cieni jest bardzo masełkowata (co widać, gdy nabieramy je na palec, czy pędzel), dzięki czemu nie ma problemu z wykonaniem makijażu. Kolory bardzo łatwo się blendują, tworząc na oku piękną chmurkę kolorów.  Moim zdaniem w przypadku Sweet Peach zniknął także problem osypujących się cieni, który zauważałam podczas użytkowania Chocolate Bar.



Bardzo cieszę się z prezentu, ponieważ o Sweet Peach marzyłam od dawna. Takich kolorów brakowało w mojej kosmetyczce, a jako, że mamy lato, to na pewno pojawią się w wielu moich makijażach. Już teraz troszkę różu przemycam gdy idę do pracy - takie kolory tak pięknie rozweselają oko! Swoją drogą... czy nie uważacie, że faceci mają łatwiej z kupowaniem prezentów? :D

Pozdrawiam,
Rose♥


38

środa, 12 lipca 2017

Makeup revolution new-trals vs neutrals | Swatche


Czasem tak mam, że spacerując po Krakowie mimowolnie odkrywam nowe, ciekawe drogerie. Ostatnio wyczaiłam jedną taką, która ma w swojej ofercie świetnie zaopatrzoną szafę Makeup Revolution o cenach porównywalnych do tych internetowych. Na new-trals vs neutrals kusiłam się już od dawna, ale wiecie jak jest z tym kupowaniem kosmetyków przez internet... jednego się nie opłaca zamawiać, a aktualnie nic więcej nie potrzebowałam. 

Paletka z wierzchu wygląda bardzo elegancko i  klasycznie - cienie zamknięte są w czarnej, satynowej kasetce ze złotą nazwą firmy. W środku oprócz całej gamy kolorystycznej znajdziemy także wielkie lusterko (uwielbiam, gdy producenci dodają je do paletek) oraz dwustronny pędzelek, który o dziwo nadaje się do użytku. Uważam, że to dużo lepsze rozwiązanie niż nikomu niepotrzebne pacynki :)


New-trals vs neutrals zawiera szesnaście cieni, różniących się od siebie wykończeniem. Ogólna kolorystyka utrzymana jest w różach i bordach, ale nie zabrakło także kilku wariantów czerni, brązów i beży. Zaskakuje mnie jedynie połyskujący fiolet, który do niczego tu nie pasuje, a wyglądem (i jakością) przypomina cień z Iconic Pro.



Po matowych cieniach spodziewałam się średniej pigmentacji (jak to w przypadku MuR bywa), a tym czasem okazało się, że kolory są naprawdę "wow". Za pierwszym razem zrobiłam sobie plamę, bo zwyczajnie nabrałam ich za dużo. Jeżeli chodzi o połyskujące cienie, to jest to chyba loteria. W tej paletce górny rząd jest naprawdę rewelacyjny, drobinki nie są brokatem, nakładają się dobrze na powiekę i nie znikają przy blendowaniu. Te na dole natomiast są jakości porównywalnej do Iconic Pro, część z nich jest okay i da się nimi pracować, a dwójka (złotko i ten fiolet) jest totalnie nie do użytku - podobnie jak w przypadku Pink Fizz, te kolory zbijają się w grudki i trudno rozprowadzić je ładnie po powiece, a co dopiero wyblendować. 


Konsystencja cieni jest taka sama, jak w przypadku Pink Fizz właśnie, są masełkowate, aksamitne (poza tymi dwoma wyjątkami), o wiele lepiej jednak się blendują i prawie wcale nie osypują pod oczami. Jedynie tak jak mówię, coś nie tak jest z lewą częścią dolnego rzędu, bo cienie zupełnie odbiegają jakościowo od reszty. 


Z paletkami Makeup Revolution miałam już styczność, dlatego w głowie siedziała mi własna, wyrobiona opinia na temat ich jakości. Bardzo pozytywnie się zaskoczyłam, gdy okazało się, że pomiędzy Pink Fizz (nie wspominając nawet o Iconic Pro), a New-trals vs neutrals jest dosłownie przepaść. I o ile różowa czekoladka dalej wydaje mi się dość przyjemną propozycją (zwłaszcza patrząc na cenę), to New-trals vs neutrals bije ją o głowę, dorównując Sleekowi. Szkoda tylko, że ta lewa część dołu jest jakaś taka... mierna.

Pozdrawiam,
Rose♥
23
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.